szczur

bajka c.d.

Kiedy zatrzasnęły się drzwi, cisza wisiała w powietrzu jeszcze przez długą chwilę. Aż w końcu dało się słyszeć tuptanie z najodleglejszych zakamarków piwnicy. Wszyscy zebrali się wokół Teodora. Nawet Joachim zwlókł się ze swego ciepłego posłania.
- I w ten właśnie sposób twoje pozbawione wyobraźni dziecko sprowadzi na nas wszystkich nieszczęście – Leon kręcił się w miejscu, czerwony z wściekłości.
- A ja myślałam, że to ty stanąłeś temu potworowi na drodze. Pokazałeś mu się i zdradziłeś naszą kryjówkę – Matylda mówiła cicho, z zimną złością i łapką wycelowaną w kierunku drżącego nosa Leona – a teraz masz pretensje do Krzysia, który… który….
Nie dokończyła, bo gdy szukała słów, Teodor chrząknął znacząco, przerywając zarówno jej wahanie, jak i sprzeczkę Baltazarów o to, kto aktualnie ma rację.
- Obaj postąpili nierozważnie. Choć teraz nie ma to znaczenia, bo największy problem ma zdaje się Krzyś.
Wszyscy spojrzeli w kierunku schodów i drzwi na górze. Nagle zdali sobie sprawę z tego, co tak naprawdę się stało. Mało tego, że zostali zdemaskowani już pierwszego dnia, a są głodni i nie mają sił na dalszą wędrówkę, to jeszcze jeden z nich – na dodatek małe dziecko – dostał się w najniebezpieczniejsze miejsce, jakie tylko można sobie wyobrazić – na Terytorium Człowieka.
I wtedy padło pytanie, które pięcioro przerażonych szczurów zamieniło w pięcioro przerażonych, skamieniałych szczurów.
- A czy Krzyś…, czy Krzyś wie cokolwiek o ludziach? – Joachim oblizał nerwowo wargi, badawczo przyglądając się Matyldzie.

Ta zabawa wydawała się fajna i stosunkowo łatwa. Wycinać slalom pomiędzy kroczącymi wielkimi butami tego olbrzymiego siwego stworzenia tak, by nie nadepnęły na ogon, nie było dla Krzysia wielkim wyzwaniem. A jednak, kiedy weszli do kuchni pośliznął się na zimnej posadzce i szorując po niej miękkim futerkiem wjechał pod staroświecki kredens.
- Dziadku, widziałem ślady w ogrodzie.
Chłopiec miał błyszczące, czerwone od mrozu policzki. Blond kosmyki wymykały się niesfornie spod wełnianej czapki. Stał w drzwiach kuchni i spokojnie przyglądał się zaaferowanemu, siwemu olbrzymowi. Krzyś widział kiedyś z daleka takie dziwne dwunogie stwory. Te dwa, wydawały mu się całkiem miłe. Na wszelki wypadek jednak, nie ruszał się z miejsca.
- Tak, zdaje się że mamy nieproszonego gościa. Widziałem go przed chwilą w piwnicy.
- Chyba gości – chłopiec z przejęciem opowiedział o swoim odkryciu. Kilka małych śladów, przez cały ogród, wprost do rozbitego okienka w piwnicy. Krzyś miał już wybiec spod kredensu, by zakrzyknąć – tak, to my, przybyliśmy wczoraj wieczorem, kiedy słowa dużego, na dobre go powstrzymały.
- Zawołaj Bernarda, musimy pojechać do sklepu. A swoją drogą, co to za pies? Nawet mu powieka w nocy nie drgnęła. Można by go ukraść i by się nie obudził.
Pies. Krzyś patrzył na oddalające się stwory wstrzymując oddech. Pies, to nie było nic dobrego, nic zabawnego, w ogóle nic…
- Pies nie jest wcale najgorszy.
Piskliwy głosik wyrwał go z rozmyślań. Odwrócił się i dojrzał w mroku małe błyszczące oczka.
- Najgorzej jest, jak dziadek rozwiesi ten przepyszny ser, na tych dziwnych hakach, które strzelają. Trudno się powstrzymać. Cześć, jestem Filip i jestem myszą. A ty?
- A ja jestem Krzyś i jestem szczurem.
- Oj – zastrzygł uszami – ale bardzo małym szczurem, mam nadzieję.
Ceremonia powitalna przeniosła się na środek kuchni. Filip był popielaty i strasznie dużo gadał, ale potrafił czasem, choć rzadko, przerwać na chwilkę i posłuchać. Więc po mniej więcej pół godzinie Krzyś wiedział już wszystko o Mikołaju i Mateuszu, o tym, że to ludzie i że mieszkają tu razem, o rudym psie Bernardzie, który jest w sumie dość leniwy i zadowolony z siebie, więc większych kłopotów z nim nie ma, tym bardziej, że jest mało zwrotny. O tym, że oprócz niego – znaczy Filipa – nie ma w tym domu żywego ducha. Kiedyś podobno na strychu mieszkał nietoperz, ale on – Filip – nigdy go nie widział. Trochę się Filip stropił usłyszawszy, że Krzyś nie jest tutaj sam i w piwnicy rezyduje teraz niemała gromada głodnych i całkiem dużych szczurów, ale w końcu wzruszył ramionami.
- Co ma być, to będzie – powiedział – Chodź, pokażę ci dom.
Krzyś podążał za nowo poznanym przyjacielem i myślał, że nie za bardzo wierzy w dwie rzeczy – że pies może być niegroźny, a siwy mężczyzna i chłopiec o blond włosach są śmiertelnie niebezpieczni.

Sklep pani Emilii przypominał zagracony strych, na którym ktoś przez przypadek zostawił całą masę jedzenia. Mikołaj zawsze znajdował tu coś, czego jeszcze nie miał, a co było mu niezbędne do kolejnych podbojów kolejnego nowego świata. A to sznurek do wytyczenia granicy z krainą Indian, oczywiście tuż po wypaleniu z ich wodzem fajki pokoju, którą odchorował dwudniowym pobytem w łóżku i tygodniowym zakazem zbliżania się do którychkolwiek drzwi wychodzących na ogród. A to metalową obręcz, znakomicie wyznaczającą miejsce startu rakiety kosmicznej, którą zapewne kiedyś zbuduje, bo plany właśnie powstają, tymczasem należało zadbać o całe to „naziemne zaplecze”. W końcu łopatkę, którą miał wykopać prawdziwe sztuczne jezioro, po którym mógłby pływać z zaprzyjaźnionymi wikingami. Dziś jednak nic nie wpadało mu w oko. Słuchał tylko, jak dziadek skrupulatnie, przy pomocy pani Emilii wybiera najodpowiedniejszy środek, który pozwoli pozbyć się raz na zawsze szczurzej watahy.
- A ty niczego dziś nie bierzesz młody człowieku? – pani Emilia uśmiechała się zawsze i zawsze nazywała go młodym człowiekiem.
- Nie, dziękuję. Niczego nie potrzebuję.
Myślał o czymś innym. Wydawało mu się, że dziś rano pod nogami dziadka mignęła jakaś mała szara kulka. Ale może to było tylko złudzenie.

- Co robimy? – Matylda była bliska omdlenia.
Teodor naradzał się na boku z Joachimem, Baltazarzy kłócili się jak zwykle o najlepsze z najgorszych rozwiązań, a Leon buszował po piwnicy w poszukiwaniu czegoś, czego chyba sam nie umiał określić.
- Musimy czekać – Teodor zmarszczył brew, tak jak to miał w zwyczaju, kiedy podejmował trudną decyzję.
- On ma rację – ze smutkiem potwierdził Joachim.
- Ma. Nie ma. – równocześnie wykrzyknęli Baltazarzy.
- Ale on jest mały. Nie poradzi sobie tam – Matylda była przerażona.
- Ale my nawet nie wiemy, ani gdzie jest to „tam”, ani o jakim „tam” mówimy. Drzwi są zamknięte, a poza tym my gdzieś „tutaj” musimy znaleźć kryjówkę, bo przypuszczam, że ten duży siwy człowiek tu wróci po tym wszystkim i obawiam się, że nie będzie miał pokojowych zamiarów.
Teodor był stanowczy, spokojny i smutny. Joachim pokiwał tylko głową. Nawet Baltazarzy umilkli.
- To znaczy, że Krzyś …, że jest tam gdzieś zupełnie sam? – Matylda pochyliła głowę i łza spłynęła jej na koniuszek nosa.
- Niekoniecznie – głos Leona rozbrzmiewał gdzieś z góry. Wszyscy zadarli nosy i ujrzeli go przy okienku, którym wczoraj dostali się do środka.
- Zaraz to sprawdzę – Leon uśmiechnął się – nie próbujcie tu włazić, bo ta droga nie jest najbezpieczniejsza.
Wskazał ruchem głowy zardzewiałe rury cudem chyba tylko jakimś przyczepione do wilgotnej ściany.
- Leon – krzyknął Teodor – nie możesz!
Ale Leon zniknął już za oknem. Matylda podniosła głowę i zaczęła tępo patrzeć w miejsce, gdzie był jeszcze przed sekundą szepcząc coś niezrozumiale pod nosem.

Dom był olbrzymi, a Filip rzeczywiście znał każdy jego zakamarek. Pokazał mu pokój chłopca, zwanego Mikołajem i sypialnię dziadka, zwanego Mateuszem. Duży pokój, w którym pełno było obrazów, fotografii i innych pamiątek, których znaczenia nie rozumiał, a i Filip nie za bardzo wiedział o co chodzi. W końcu zmęczeni przycupnęli w kuchni.
- Znajdziemy teraz trochę jedzenia i pokażę ci drogę do twoich, bo tamci – tu wskazał na drzwi wejściowe – pewnie zaraz tutaj wrócą.
- Pójdziesz ze mną?
- Raczej nie. Duże, głodne szczury mogą nie być tak miłe jak ty.
- Jak to niemiłe? To moi najbliżsi.
Filip uśmiechnął się tylko, skinął łebkiem i pobiegł w kierunku kredensu. Z tyłu była niewielka dziura, przez którą weszli obaj do środka. W kompletnych ciemnościach Krzyś wyczuł smakołyki, o których nawet dotąd nie śnił i kiedy najadł się do syta – kaszą, pieczywem, a nawet gorzką czekoladą, zabrał ile tylko zdołał unieść, a Filip poprowadził go przez dziwne zakamarki, dziury i nadgryzione meble wprost do ciepłej rury, która przechodziła przez ścianę. Tuż nad nią była szpara w sam raz dla takiego, jak on.
- Wpadnij tu jeszcze. Będziecie potrzebowali jedzenia. Teraz znasz drogę. Mnie szukaj koło kredensu – rzucił na odchodnym Filip – i… uważaj na siebie.
- Jasne, dziękuję – Krzyś zniknął w ciemnej czeluści.
- Bardzo uważaj mały – szepnął Filip, choć wiedział, że nowy przyjaciel na pewno go już nie słyszy.

Leon obiegał dom już po raz trzeci. Obwąchał każdą szparę, każdą deskę i za nic nie mógł dostać się do środka. Był wykończony. Wydawało mu się, że brodzi w śniegu od zawsze. Zjadł go nawet trochę. Trochę śniegu i jednego zasuszonego pająka, którego znalazł w porzuconych przez kogoś taczkach. Czas wracać. Zmierzał właśnie za róg domu, wprost do rozbitego okienka i kiedy skręcił, tuż za węgłem zderzył się oko w oko, a właściwie nos w nos z wielkim, gotowym do skoku, rudym psem. Para buchała z jego rozedrganych nozdrzy. Leon napiął wszystkie mięśnie i zamknął oczy.
cdn.

zamieć

bajka

No i spadł śnieg. Ludzie tęskniej wstecz patrzą, wolniej przemierzają swe ścieżki i uśmiechają się nawet czasem nieproszeni. Dzieci nosy do szyb przylepiają, język wystawiają, by okruch tego co z nieba leci złapać i śpią chyba trochę spokojniej, bo świat przecież bielą otulony i to co pod spodem nie wystaje za często, i kolan nie ściera. Czas się zaczął, mimo wichury, jakiś taki magiczny bardziej, bardziej czarodziejski. A cuda, których przecież nie ma, pewnie by zdziwienia wielkiego nie przyniosły, gdyby się pojawiły. Tymczasem snują się czasami w dziecięcych snach i bajkach… .

Teodor zmarszczył brew chwytając łapczywie nocne powietrze pomiędzy kolejnymi śnieżnymi podmuchami.
- Zdaję sobie sprawę z niebezpieczeństwa, ale to może być nasza jedyna szansa.
Stał teraz frontem do całego zgromadzenia, jak na prawdziwego przywódcę przystało. Przynajmniej wyobrażał sobie, że stoi, bo tak naprawdę wszyscy zanurzeni byli po łebki w białym miękkim puchu i tylko nerwowe strzyżenie uszami zdradzało, że go słuchają. Zgromadzenie też nie największe, jak na jego przywódcze doświadczenie. Matylda z małym Krzysiem, który raz po raz niezgrabnie wdrapywał się na śnieg próbując coś dosłyszeć i zapadał w nim ponownie machając ze złością ogonem. Młody, zuchwały Leon o walecznym sercu i szalonym umyśle, który kręciłby się w kółko, gdyby tylko mógł, a najchętniej, nie bacząc na nic, pognałby naprzód i prawdopodobnie zginął w bezmyślnym zapatrzeniu na tlące się w oddali światełka. Rodzeństwo Baltazarów, tak podobne, że nie wiadomo było nigdy, który jest który, choć wiadomo było zawsze, że każdy z nich będzie miał inne zdanie. No i filozof Joachim, który właśnie chyba przysnął.
- Tam nie będzie łatwo – wrzasnął Teodor i Joachim się ocknął – ale tutaj zamarzniemy. Musimy iść, musimy dać radę. Jesteśmy szczurami. Szczury zawsze dają radę.
W oddali na wzgórzu majaczył dom. Słabo oświetlony prężył się dumnie niczym wyzwanie.
Matylda wzruszyła ramionami, Baltazarzy posprzeczali się o sens, Leon wyrwałby się do biegu, gdyby nie powstrzymujący gest Teodora, a Joachim mruknął coś o tym, że nie zawsze, bo nikt nie daje rady zawsze. Krzyś wdrapał się wreszcie na bardziej stabilną grudkę śniegu i spojrzał na całe rozedrgane towarzystwo.
Do celu było niedaleko. Odsłonięta dolina wokół sterczącej niczym średniowieczna baszta studni, potem usiane drzewami owocowymi wzgórze, gąszcz jodeł i dalej najtrudniejsze – oświetlony płaskowyż przy pniu orzechowca. Tam byli zupełnie bezbronni. Krzyś dużo słyszał o psach i kotach. Teodor uciszył wszystkich jednym gestem. Dał znak i ruszyli brnąc w śniegu.
Gromada szczurów w poszukiwaniu schronienia.

Mateusz zaciągnął koc pod brodę Mikołaja. Chłopiec zmrużył oczy.
- Dziadku, potrzymasz mnie za rękę?
- Takiego dorosłego faceta?
Mikołaj uśmiechnął się chwytając sękatą dłoń Mateusza, a ten siedział przy nim w milczeniu tak długo, aż chłopiec westchnął cichutko i zasnął. Dopiero wtedy wstał, poprawił koc i cicho wyszedł z pokoju. Kiedy siedział przy kominku, uśmiechając się – jak co dzień – do starych fotografii, wydawało mu się, że słyszy jakieś dziwne dźwięki dobiegające z piwnicy. Ale zanurzył się w przeszłość tak bardzo, że przestał słyszeć cokolwiek, poza gwarem, wrzawą i śmiechem płynącym ze zdjęć, które w końcu wypadły mu z dłoni. Bo i on zasnął.

W narastającej zamieci droga przebiegła w miarę sprawnie, nie licząc kłótni Baltazarów, kilku głębokich przemyśleń Joachima i ciężkiego oddechu Matyldy. Gdy tylko dotarli na miejsce i przykleili się w bezdechu do chropowatej ściany, Leon węsząc wokół, szybko odnalazł szparę prowadzącą do piwnicy. Trudno było nocą ocenić wielkość i wszelkie inne walory otaczającej ich przestrzeni. Zresztą nie było na to czasu. Teodor ustalił tylko szybko, że dom jest drewniany i zsunęli się do ciepłego schronienia. Nim Matylda, wołając – chodź synku, zdążyła pociągnąć Krzysia za sobą, dojrzał gasnące gdzieś na górze światło. A potem wylądowali wszyscy obok wielkiego pieca, który buchał raz po raz ogniem i tuż za nim znaleźli miejsce na nocleg. Wreszcie było ciepło. Zmęczeni, zasnęli nie bacząc na nic. Tylko Krzyś wysuwając się delikatnie z ramion mamy, rozglądał się po nowym domu, nie dowierzając, że wszystko może być tak proste.

Ranek przyszedł znienacka. Kroki wielkiego człowieka na schodach sprawiły, że wszyscy rozpierzchli po kątach. Wszyscy prócz Joachima, który spokojnie spał przy kominie i Leona, który postanowił walczyć o życie całego towarzystwa, tak ochoczo, że nawet Teodor nie zdążył go powstrzymać. A kiedy tak stanął twarzą w twarz z siwym, chropowatym mężczyzną we flanelowej koszuli – zadrżał i czmychnął, bo ten tupnął nogą, mrucząc pod nosem coś o trutce na szczury. Potem dorzucił do pieca i kręcąc głową ruszył schodami w górę. Krzyś przytulił się do jego kroków. Matylda wykrzyczała bezgłośne – „nie Synku”, a Krzyś zniknął na szczycie schodów, błyskając ogonem przy nogawkach dżinsowych ogrodniczek starego człowieka.
cdn.

PS. Czytajcie Dzieciom, Sobie i napiszcie proszę czy warto, żeby dalej się działo?

wiatr-na-polanie

wiatr…

Zaczęło wiać.
Cholera, tak mogłaby się zaczynać jakaś mroczna sensacyjna powieść. Jakiś King, albo Chandler:
„Zaczęło wiać we czwartek po południu. Kiedy pierwszy, nieśmiały jeszcze podmuch uniósł w górę jakieś marne strzępy wczorajszego LA Timesa, Walter Chomsky przebiegał właśnie przez Hollywood Boulevard, tuż przy Kodak Theatre, gorączkowo starając się ustalić …” – dalej już treść ustaleń Waltera w stylu – „…po jaką cholerę zgodził się na spotkanie z…”, albo „…w której kieszeni jest jego ostatni papieros…”, bądź ostatecznie „…czy twarz, którą widzi po drugiej stronie ulicy, nie wydaje mu się skądś dziwnie znajoma…”.
A potem nasilający się wiatr, krew, tajemnica, napompowane cycki rozłożystych blond cudów, matka – córka, brudni magnaci, skorumpowani gliniarze – słowem kilka dni w świecie drzewek pomarańczowych, whisky bez lodu i leniwie mieszających spocone powietrze wiatraków, które pozwalają miękko przepłynąć wyobraźni do szalejącej na ulicach wichury.
Wszystko potrwa pewnie zaledwie ze trzy dni, będzie miało śmiały przekaz o twardych facetach, przyjaźni, zasadach i nieszczęśliwej miłości. Walter będzie wygrany i przegrany. W niedzielę wieczorem spojrzy z Hollywood Hills na rozświetlone miasto i wygrzebie z kieszeni lnianej marynarki pomiętą paczkę z ostatnim Camelem. Wyciągnie ostatnią zapałkę. Na jego pooranej ostatnimi dniami twarzy zagości uśmiech.
„Wiatr ustał, tak samo niespodziewanie jak się pojawił.”

Taki gotowy przepis, zależny od klimatu.

Nilssen jechałby pewnie swoim starym volvo godzinami przez przedmieścia Sztokholmu, aż w końcu na ostatniej, dziewięćset sześćdziesiątej siódmej stronie, wirujące płatki śniegu osiadłyby mu na twarzy i w dalekim kontekście ze strony trzydziestej pierwszej musielibyśmy się domyślić, że spływający po twarzy Nilssena śnieg, łzy tylko maskuje. Z tym że ta sześćdziesięciosiedmiostronicowa ucieczka przez szalejącą zamieć na sześćset czterdziestej siódmej stronie jest naprawdę porywająca. Tym bardziej, że Nilssen dojrzał w niej swoje dzieciństwo na nagich wydmach i wspomniał pierwszą rybę złowioną na kutrze stryja.

Klimat dużo zmienia. Klimat wiele wyjaśnia.

U nas po prostu „piździ jak w kieleckim”, a Zenek mocuje się z porywanym wiatrem eternitem. I to nie jest złe. Jest inne po prostu….

No dobra.
Nieprawda.
Jest złe.
Jest złe jak jasna cholera, że estetyka eternitu dominuje w naszej, obsranej, budami z tanim żarciem i chińskimi ciuchami przestrzeni. I wszystko jest takie second hand. Brzydcy ludzie, w brzydkim świecie zabijają się siekierami w błocie. Wiatr wieje, bo zawsze wiał, a fruwający wokół bud i dziurawych, tekturowych magazynów eternit, nie ma nawet komu łba obciąć. A jak już pojawi się jakiś Nilssen czy Walter, to uśmiercimy go na wysypisku śmieci. I tak się będziem pławić we własnej brzydocie.
A przecież u nas też czasem przestaje wiać.
Dziś wiatr unosi piach na wydmach, wiruje śnieżnym pyłem, wbija w ziemię szczyty jodeł. Dziś fruwa po lasach, jeziorach, pustych, wąskich uliczkach małych miasteczek. Dziś jest.
A kiedy się skończy, usiądziemy na jakimś naszym małym wzgórzu i spojrzymy na miasto.

Inaczej?

DomenichinounicornPalFarnese

zmęczenie

Nic absolutne. Nikt nie umarł. Nikt się nie urodził. Nie spadł nawet śnieg. Jest cicho i spokojnie.

Tylko sen przychodzi o dziwnych, niespotykanych dotąd porach. Stada jednorożców buszują w nim, odgarniając kopytami pokłady starej pamięci.
Nieudolnie jak na dzikie i nieuchwytne stworzenia… .

Dziś zapomniałem kolejnych parę imion, parę nazwisk, kilka twarzy i codziennych zwyczajów. Trochę się nawet przez chwilę przeraziłem, że wszystko gdzieś na antypodach, ale w końcu jakoś bardziej zajmuje mnie brabancki geniusz sięgający gwiazd w ciepłej Prowansji, niż lud, który tuż obok wspina się na mury.

Bo i czas przestał istnieć. Wszystko jest gdzieś obok. Z rozsypanych po podłodze atomów wypadają kolejne, mniejsze jeszcze rzeczy i gnają pod stopami niczym miliardy małych obojętnych perełek – nie do złapania, nie do policzenia, nie do ogarnięcia. Jak jednorożce galopują stadami, szukając gorączkowo swej dziewicy, na której kolanach głowę mogłyby złożyć i zasnąć – nie mając pojęcia, że tylko wtedy można je będzie, tak naprawdę złapać. Tymczasem gonią w bezładzie.

Napuchnięte oczy nie nadążają patrzeć.
Jest cicho i spokojnie.
Wszędzie wokół nic absolutne.
Nie spadł nawet śnieg.

Vangogh4

piękni ludzie

Wigilia. Zostałem sam. Rana boli i pęcznieje, niczym słoneczniki buzujące wybujałym nowożytnym rzemiosłem. Paul chyba wyjechał. Do końca był tak samo protekcjonalny i opryskliwy jak zawsze. Nawet dziwki przy Rue du Bout d’Aeles były milsze, dlatego dałem im kawałek siebie. Dość mały kawałek. „Żuawi, burdele, urocze, małe arlezjanki idące do pierwszej komunii, ksiądz w komży, wyglądający jak niebezpieczny nosorożec, ludzie pijący absynt, wszyscy wyglądali jak stwory z innego świata”.

Żółtawe Arles. Granat nieba. Mętny pył na ulicach unoszony każdym tchnieniem mistrala.

Gdybym puścił się doliną Rodanu na północ, przemierzyłbym otchłanie. Może rzuciłbym okiem na Saint – Benezet, przemieszał się z tłumem na Republice i popijając absynt w każdej kolejnej knajpie  uklęknąłbym w końcu przed wyklętymi papieżami, by potem zwinąć się kłębek na Rue Peyrollerie. Kamienie tylko mając za osłonę.
Kamienne niebo tańczy nade mną. Czytam gwiazdy jakby braillem były pisane. Dotykam delikatnie i kamienie wpadają do oczu.

Potem znów cicho.

Potem znów ciemno.

Chyba jeszcze nie umieram.

kalarepa

warzywa i zwierzęta

Dajmy na to kalarepa. Kalarepa znana jest tylko z uprawy. Nie występuje ponoć naturalnie, a przecież jest bardzo cenna i zdrowa. Rozwielitka żyje na potęgę jak chce, nikt jej nie hoduje, też jest pożyteczna, filtruje wodę i jest pokarmem dla ryb. Tak przeczytałem.
Kalarepa rośnie na polach kalarep, których nikt przecież nigdy nie widział, i buduje w sobie te wszystkie swoje wartości odżywcze. Rozwielitka pływa swobodnie po wolnych wodach i filtruje jak malowanko, a potem zjadają ją ryby.
Kalarepa nie gada raczej z innymi kalarepami na polu kalarep. Rozwielitka, choć jej genom znany jest od paru lat, nie gada z innymi rozwielitkami. Rozwielitka tylko filtruje. Taki ma cel w życiu. Kalarepa nie ma celu. Kalarepa po prostu daje z siebie. Tyle, ile jej fabryka kalarep dała.
Nie zwariowałem.
Kalarepa jest pięknie zielona. Rozwielitka jest niezauważalna. Kalarepa błyszczy w późnojesiennym słońcu. Rozwielitka filtruje w ciemności słodkich wód. Kalarepa leży na stole kusząc swą zielonością i piekącym smakiem wartości odżywczych. Rozwielitka filtruje w ciszy mętną wodę.
I nie sposób porównywać ich empatii. Kalarepy i rozwielitki. Takie czasy, że ciężko porównywać. Obie przecież zostaną w końcu zjedzone.
A skąd to się w ogóle wzięło? Bo są światy, które ponad nami, które naszym zdaniem nijak się nie łączą, których nie rozumiemy i szans zrozumieć nie mamy, i dostępu do nich żadnego. A jednak są wspólne. Możemy to sobie tylko wyobrażać. A te światy żyją mimo nas i obok nas.
I kiedy to dostrzeżemy, nigdy nie przyznamy się, co tak naprawdę myślimy, choć pewnie tak naprawdę, myślimy Bóg. I gdzies tam wewnątrz, zaczynamy negocjacje.

IMG_0436

Julka – nie wiem co powiedzieć…

Mój Mati mawiał, że gdy idę ulicą neony tracą swój blask….
myślisz, że dlatego gdy idę nocą gasną latarnie?

Julka pewnie teraz nie patrzy. Pewnie zawiesza wzrok gdzieś w powietrzu.

To się często zdarza…
i nie umiem tego wytłumaczyć…
przechodzę pod nimi i gasną…
czasem myślę, że to Mati je gasi…
żebym się uśmiechnęła…bo wtedy się uśmiecham…

Nie znam Jej. Uśmiecha się? Pewnie garbi dłonie.  

W nocy kurczowo, bez przerwy trzymał moją dłoń. Uśmiechał się tak jak zwykle, tak jak zawsze był opanowany, silny, pewny siebie. Tak jak zawsze, dawał mi poczucie bezpieczeństwa. Przekonanie, że nikt nikogo nie kocha tak, jak On kocha mnie. Nie mówił. Teraz wiem jak bardzo się myliłam. Bo mówił. 

Pewnie zwija się w kłębek. Patrzy już nigdzie. 

Umarł na moich rękach….siedzieliśmy na łóżku. Powiedział „zawsze będę cię kochał Mysza”, a zaraz potem pękło MU płuco….krew była wszędzie… 

Pewnie przestała oddychać. 

Byłeś kiedyś w rzeźni?  Chyba tak musiałam wyglądać. Reanimowali Go godzinę….udało się… a potem trzy tygodnie na OIOMIE… 

Pewnie nadal nie oddycha.  

Trzy dni przed odejściem obudził się. Z ruchu warg wyczytałam „przepraszam Mała” w nocy miałam sen, że siedzimy przy stole, pytam Go co dalej?  A On: „teraz będziesz musiała sobie z tym wszystkim sama poradzić”.
Obudziłam się. Była trzecia w nocy. Wybiegłam z domu, wpadłam na oddział.

Zniknęła.

Odszedł o 2.45

Wraca na chwilę

- Czy pani mnie słyszy?
Słyszałam choć cały czas byłam jeszcze gdzieś daleko. Gdzieś gdzie nie czułam nic.
- Wróciła pani, nareszcie. Proszę spróbować otworzyć oczy. Jest pani w szpitalu, opanowaliśmy sytuację. Musi pani o siebie zadbać.

Znowu znika.

Latarnie gasną…

Wraca…

Zawsze będę Go kochała…..
Nad Jego grobem stał mój syn. Szymek co dzień, regularnie umiera na to samo.
Też ma mukowiscydozę….

Nigdy Jej nie widziałem. Nie słyszałem nawet. Tylko pisze. Tysiące poranionych osób mijamy codziennie. Mniej lub bardziej. Pewnie Julka nie różni się od nich niczym. Prawie niczym. Kiedyś mieszkała nad morzem. Taki był początek. Dawno, dawno temu. Kiedy dopadły ją bestie. 

Byłeś kiedyś w piekle? Ja byłam.
I czasem jeszcze do mnie to piekło wraca…nocą…

Odzywa się nienachalnie. Milczę.

Biologiczny „ojciec” moich dzieci mnie bił. Nie, On mnie nie bił, On mnie napierdalał…

Pisze „on” z dużej litery. Milczę.

Dlaczego? Sterydy, alkohol, to że urodziłam MU chorego syna… powodów było mnóstwo.

Milczę. Szymek ma teraz pewnie 14 lat. Powoli otwieram oczy.

Pamiętam, że jeden jedyny raz się sprzeciwiłam i wyszeptałam bezsilnie, że aby nazywać mnie kurwą, trzeba mieć powód, a ja przecież nigdzie nie wychodzę, z nikim nie rozmawiam, nic nie robię…

Znowu „on” wielkimi literami, choć minęło tyle lat. Milczę. Nie wiem co powiedzieć.

Po kilku dniach przyszedł i zaczął mówić….że mam racje, że jest chorym gnojem, że pójdzie się leczyć, że błaga o szansę, ze jestem dobra, że nie zasługuję, że……”oddajmy dziś syna do rodziców, zaprosimy kilku znajomych na taką imprezę pojednawczą i zaczniemy od nowa kochana”. 

Zaczynam oddychać.

Wiem, co myślisz: Ty głupia dziewczyno potwory się nie zmieniają. Tak, tylko ja wtedy nawet nie wiedziałam, że te prawdziwe w ogóle istnieją. Ja dziewczynka z dobrego domu, gdzie rodzice kochają się i szanują, a rozwody, przemoc to abstrakcja z telewizji, myślałam, że uleczę GO swoją miłością….

Znowu z dużej litery.

Impreza, nasi znajomi, fajnie…pod koniec przyszło dwóch jego kumpli. Nie znałam ich uspokoił, że to nowi z pracy…od razu czułam dziwny niepokój…reszta wyszła….

Znowu wstrzymuję oddech.

Nie chciałam już z nimi siedzieć, ale nalegał. Oni głupio się uśmiechali, a ja czułam się dziwnie źle….Miałam świadomość ale ręce, nogi odmówiły mi posłuszeństwa…

Nie oddycham.

Robili to całą noc…na przemian….jak bestie…..cicho prosiłam by przestali, by ON, który stał tylko i patrzył, coś zrobił….ale nikt mnie nie słyszał…..całą noc….

Nawet nie wiem czy zaczynam oddychać.

Na koniec usłyszałam od niego, że już może mnie nazywać kurwą, bo się puściłam. I to na jego oczach…..
Na drugi dzień, taką obolałą, poranioną używał On……

Nie wiem jak bardziej mogę milczeć.

Później zorientowałam się, że jestem w ciąży. Nigdy o mojej córce nie pomyślałam inaczej niż  moja…. Ania – najpiękniejszy cud narodzony z najgorszego bólu…..

Piekąca cisza.

Zaczęłam myśleć ciągle, uporczywie o tym, żeby wziąć nóż i poderżnąć mu gardło. Uświadomiłam sobie, ze w końcu to zrobię. Tak. Że wezmę nóż i poderżnę mu gardło.

Julka jeszcze po narodzinach Ani żyje z bestią w tym piekle.

I nie będę umiała nad tym zapanować.

W końcu ukrywa Szymka i Anię u swoich rodziców.

Pytasz czy miałam nóż w rękach.

W swoje urodziny, zbierając ostatnie rzeczy z opustoszałego mieszkania, dopadają ją potwory.

Wzięłam te tabletki i czułam jak zaczynają działać. I nagle ze ściany spadło zdjęcie dzieci. Jak spadło?
Nie wiem. Rozprysnęło się szkło. Wbiło mi w dłoń, gdy się czołgałam. I….zapragnęłam żyć.

Bestia stoi nad nią i wrzeszczy: zdychaj… Ktoś słyszy.

Znika.

W pokoju w psychiatryku była ze mną Maggie.

Wraca.

Faszerowali mnie lekami, bo uciekałam w nocy przez balkon. Miałam koszmary, z których nie mogłam się wybudzić. Maggie czuwała całe noce, a kiedy drgnęłam we śnie – budziła mnie, żebym nie umarła. W ten sposób zapominała o swoich potworach, ale w końcu ją dopadły i powiesiły w naszej łazience. Siedziałam z nią tam, w tej łazience, aż znalazł nas lekarz na porannym obchodzie.

Nie zdążyłem przestać oddychać.

Julka zaczyna się uczyć. Powoli uczy się oddychania, mówienia, w końcu uśmiechania. Waży 33 kilogramy. Puszczają ją w końcu do Szymka i Ani. I jak już umie mówić, zaczyna jeździć z Szymkiem w góry do sanatorium. Mijają się z Matim przez rok – sprawdzała w księgach, rok ukradziony z życia, ale w końcu się spotykają i on mówi: będziesz moją żoną, a potem zabiera ją w góry. Mati gra z Szymonem na gitarze. Ania jeździ z Matim na łyżwach. Julka się uśmiecha. Tylko przez rok.

Bo nagle latarnie gasną.

Nie mogę płakać przy dzieciach, nie mogą wiedzieć, że się boję, że coś jest nie tak…. Uciekam, sprzątam, co chwilę wynoszę coś do piwnicy i tam się dławię. Wracam i rozmawiam o tym, że pójdę z Anią na łyżwy w sobotę – już tyle razy obiecałam, a Matiego zabiorę na koncert – „mamo już tak dawno razem nie byliśmy”. I zbiorę się dla nich wiesz. Zbiorę się i dam rade, prawda? Ja nie jestem złą mamą, prawda? Poczytam Szymkowi, bo wtedy Jego oddech się uspokaja… Załatwiłam rano lekarza, będzie miał nowe leki… wszystko będzie dobrze….

A teraz wpadł na moment Szymek i podzielił się ze mną Prince Polo, przyniósł sok z czarnej porzeczki i mówi: no co mamo? Kocham Cię.

Nigdy Jej nie widziałem. Nie słyszałem nawet. Tylko pisze czasem.
Tysiące poranionych osób mijamy codziennie. Pewnie Julka nie różni się od nich niczym. Prawie niczym.

Julka dostaje zasiłek na niepełnosprawne dziecko. 600 złotych. Nie może podjąć pracy, bo straci zasiłek.
Szymon gra na gitarze jak szatan. Wczoraj się dusił, umierał, a teraz robi brzuszki i mówi „no chyba nie sądziłaś, że się tej mendzie mamo dam”.
Ania chciałaby mieć łyżwy.

A Mati wciąż gasi latarnie i chyba się nimi wszystkimi ciągle opiekuje.

Więc powiedz temu Bogu, że ja nie jestem złym człowiekiem…. Żeby tylko pozwolił mi zasnąć.

Powiem. Jak tylko go spotkam.

 

PS. Czytajcie, udostępniajcie, bo macie szansę zostać tym cholernym Bogiem. Gdyby, ktoś chciał, piszcie prywatnie, albo na facebookowej stronie OBOK.
(Wszystkie imiona i szczegóły zostały zmienione)

tecza

tęcza sręcza

Obiecałem, że nie będę jadł marsów, że napiszę o rozwielitkach i kalarepie, i jak potworom łby haratać i innych najważniejszych rzeczach. I tak będzie. Umówiłem się też z sobą, że się bzdurami zajmował nie będę. Radosne harce brunatnych „patriotów” jednak kuszą… .
Bo wszyscy poranieni ludzie i ten pokaleczony kraj, to wszystko musi znaleźć czas, żeby się posklejać. Tak jak sklejało się z trzech – 95 lat temu i nie skleiło. Od prawie 220 lat, ten kraj był wolny ledwo ponad czterdzieści i jakoś w genach zakodowała się tu niechęć do rzeczywistości. My się po prostu, najnormalniej w świecie nie lubimy, bo nienawiść jest łatwiejsza i była przez minione dwa wieki cnotą raczej, niż przywarą. No to się w niej bujamy, paląc tęcze i szukając wroga. Bo z wrogiem jest łatwiej i bardziej comme il faut. I tak się rozpływamy w tej niechęci, do wszystkiego i wszystkich, jak płaczki na obojętnym pogrzebie. W tym bagnie się grzebiemy nieustannie, choć z gruntu dobrzyśmy przecież, bo za Głowackim idąc: powiesiliśmy dwóch tylko biskupów, zastrzeliliśmy jednego prezydenta i jedną tylko stodołę z ludźmi spalili, choć to oczywiście nieprawda. Ale żyjemy w takim przekonaniu o własnej szlachetności i dobroci, wbijając równocześnie w siebie niechęć do tego chuja obok, kimkolwiek by nie był, bo dziwnie patrzy…, bo ma fajne auto…, zupełnie inne dżinsy, dres albo poglądy. Kapie z nas samozadowolenie i nienawiść. I tak czas marnujemy, upust tej nienawiści dając, paląc tęczę, która znakiem ponoć przymierza człowieka z Bogiem. Ta tęcza oczywiście nikomu na nic, bo gorsze dzieci płaczące i ludzie pobici. Ona tylko się mimochodem stała takim symbolem ofiary tej nienawiści. Tych ryjów kapiących wściekłą śliną, tej dziczy w kominiarkach z Chrystusem na ustach i narodem na piersi, co zarżnąć chce każdego, który inaczej myśli. Bo się nie nauczyli żyć normalnie. Bo nie mieli kiedy. Bo niechęć przez dwieście lat w krew weszła, a blok z wielkiej płyty dorzucił jeszcze frustrację i agresję, która jak nie będzie co żreć, wszystkich rozszarpie. I trochę się tego boję. Ale tylko trochę.

Bo tu przecież tymczasem listopad i słońce świeci. Po kostki brodzę w żółtych liściach, za trzecie mając tęcze płonące. Ciężko oddycham jesienią.

books-breakfast-coffee-delicious-Favim.com-1032089

kawa i papierosy

Miało być o rozwielitkach, ale to już wkrótce. I o kalarepie też. Będzie o jajku i innych fajnych rzeczach, na przykład o kawie. W ogóle będzie miło. Niedziela nie jest dobrym dniem, więc niech to będzie sobota.
Sobota rano. Zapach kawy snuje się po kątach, a jajko – po sześciu minutach we wrzątku – ląduje na talerzu. Białko jest idealnie ścięte, a żółtko rozpływa się po chrupiącej, posmarowanej świeżym masłem bagietce. Kawa pachnie kawą i mlekiem, papieros pachnie tytoniem – taki pięknie złamany aromat. Dorzućcie sobie tutaj trochę pomidora, szynki – tylko tej suchej, prawdziwej, a nie napęczniałej Bóg jeden raczy wiedzieć jakim płynem – i co tylko jeszcze chcecie.
Jest sobota rano, tak koło południa. Gazeta przynosi same dobre wiadomości, kawa przyjemnie rozlewa się po podniebieniu, i choć w telewizji promują najnowsze wersje odkurzonych celebrytów, to zawsze jest gdzieś przecież Krystyna Czubówna perorująca o surykatkach. Powietrze jest miłe i miękkie, a słońce pieści listopadowymi promieniami każdy centymetr stołu – sałatę, pomidora, szynkę, żółtko wylewające się z brzucha otyłego jajka, parującą zapachami kawę. Gazeta puchnie od zaproszeń na wieczorne iluminacje, a surykatki strzegą dzielnie swego domostwa.
Jest bezpiecznie. Bose stopy wtulają się w puszystą głębię dywanu. Uśmiech błądzi po zepsutych nocą twarzach. Nic nie łamie milczenia.

I tylko jedna myśl, jedna jedyna rzecz nie daje spokoju.

Że właśnie odezwał się natarczywy sygnał budzika.

pejzaż samotny

płaskowyż

Kiedy wjeżdżasz na płaskowyż, droga tuli się do ścian wąwozu. A potem rozlewa się, jak kawa na pustym stole.
Wydaje się, że możesz jechać którędy chcesz, ale jedziesz tylko tą właśnie drogą. A droga jest bezwzględna. Płynie po płaskowyżu tylko tam, gdzie chce. Albo gdzie musi. Zlewają się wysokie trawy i wypalone stepy, zachody słońca z tandetnej pocztówki i fale jezior błękitem obrzmiałych, niczym koloryzowany astygmatyzm.
Płyniesz przez szczyt, a mgły jak pędzlem rozchlapane wiszą nad dolinami.
Jak okiem sięgnąć, widzisz swój stary świat. Ten, z którego właśnie wyjechałeś, pnąc się przytuloną do wąwozu drogą. Drogą, którą jedziesz teraz i na połaciach jezior, wśród otuliny traw patrzysz w dół. Na mgły opadłe.
I zanurzasz się w trawach. Wklejasz w brudny błękit wody.
A droga wypada za horyzont.

„Teraz chłodna jesień wkroczy do Doliny Muminków. Bo inaczej jakże mogłaby znowu przyjść wiosna?”