Renata_Przemyk_Filharmonia_07_03_10_05

koncert

Renata_Przemyk_Filharmonia_07_03_10_05Rzadko mi się zdarza trafić na dwa koncerty jednego dnia. I to jeszcze takie, o których chciałoby się napisać. Albo powinno. Ale po kolei, czyli od końca.
Skończyłem na koncercie zespołu, którego nazwy nie wymienię, a byłem na nim tylko dlatego, że gościnnie dołączyła do ich projektu Martyna Jakubowicz, którą bezkrytycznie uwielbiam od czasu fantastycznego koncertu „Kołysz mnie”. I Pani Martyna, gdy tylko pozwolono jej zbliżyć się do mikrofonu, magnetyzuje jak dawniej nieprawdopodobnie. I to taka różnica klas jest, jak między bolidem Kubicy, a moim rowerem. Więc nie powinna Martyna Jakubowicz śpiewać Grechuty z jakimś tam zespolikiem zgrabnym, tylko raczej „Wschodnią wioskę”, „Baby w Meksyku” i „Kołysankę dla Misiaków” z Andrzejem Nowakiem i Wojtkiem Waglewskim, bo to jest kompletnie inny teatr. I to tak pokrótce, bo wracam, do tego, co było wcześniej.
A wcześniej było objawienie.
To było w 1990 roku. Koncert galowy Studenckiego Festiwalu Piosenki w Krakowie. Na scenę wkracza zwyciężczyni poprzedniego festiwalu. Skromna, introwertyczna dziewczyna w czarnej kiecce z bandem ubranym w akordeon. Tuż po pierwszych taktach psuje się dymiarka i wszyscy znikają w białych kłębach. Przerywają granie. Na szczęście tylko na chwilę. Bo kiedy dym opada zaczynają grać i dzieją się rzeczy magiczne. Dokładnie tak jak dwadzieścia cztery lata później.
Wczoraj zobaczyłem troszkę inną Renatę Przemyk. Na czerwoną sukienkę narzuciła ramoneskę, szpilki zmieniła w trakcie śpiewania jednej z piosenek na glany, dojrzewała w trakcie całego spektaklu, tak jak przez ostatnie dwadzieścia pięć lat. Napisałem spektakl, bo to był spektakl. Teatr przepyszny i wspaniały tej samej skromnej dziewczyny sprzed lat. Ale jakże innej, jakże dojrzałej, jakże pięknie i delikatnie czerpiącej z nut, które przez świat się przetoczyły, Słychać jeszcze, bo jakże by inaczej, jej dawne fascynacje: Toma Waitsa, Talking Heads, ale przelatuje też przez głowę Sting, Zappa, choć przecież wszystkie nuty ubrane są w czerwoną sukienkę i ten niepowtarzalny dziwny, niepokojący, nostalgiczny, „yahoznowy” drive. Nie mogę się od tego oderwać, próbując zrozumieć, w czym rzecz. Zamykam oczy i już wiem, że hula nade mną niezapomniany pejzaż zupełnie innego spektaklu. Wydawałoby się odległego, ale zdaję sobie sprawę, że wcale nie. Wiem to, dzięki tej fantastycznej kobiecie w czerwonej sukience i glanach, która zmienia się z sekundy na sekundę, przepoczwarza i przeistacza. Kiedyś taką kobietę oglądałem wiele razy. Kiedyś myślałem, że już jej nigdy w nikim nie zobaczę. A tu staję przed sceną i kręci się przecież Rebeka na Karuzeli z madonnami. Grande Valse Brilliant chowa się w Takim pejzażu. Przez moment czuję nawet, jakbym Ewę Demarczyk dostrzegł w tej czerwonej sukience, wgryzającą się w mikrofon z taką – wydawałoby się, że jej tylko właściwą – niewiarygodną siłą, z taką mocą i swobodą operowania głosem i emocjami. A to Renata Przemyk wynurza się z dymu sprzed dwudziestu pięciu lat i proponuje wszystkim ten spektakl nie do zapomnienia. To było fantastyczne. Mądre i piękne. Dwadzieścia pięć lat temu powiedziałbym: zapamiętajcie to nazwisko. Dziś mogę powiedzieć tylko: powtarzajcie je z uporem. I żałujcie, żeście nie widzieli, a jak będziecie mieli okazję – zobaczcie.
Aha, i jeszcze jedno. W 1990 roku na koncercie galowym Studenckiego Festiwalu Piosenki, tuż po Renacie Przemyk i tej nieszcżęsnej dymiarce wystąpił zespół, który wtedy wygrał festiwal.
Też mieli akordeon.
Nazywali się Raz Dwa Trzy, ale to już zupełnie inna historia…

Via_Dolorosa-09-

rezurekcja po roku

Via_Dolorosa-09-Rok temu Wielkanoc była pod koniec marca i takie mniej więcej składałem Państwu wtedy życzenia:

„W Jerozolimie o tej porze roku jest bardzo ciepło. Może nie upał, ale jakże daleko od naszego śniegu i mrozu. Także dwa tysiące lat temu w Jerozolimie o tej porze roku było bardzo ciepło i cokolwiek tam się wtedy stało, to ta różnica temperatur pozostała praktycznie niezmienna. Wszyscy tutaj, którzy wierzą w cud i odkupienie oraz Ci, którzy mówią raczej o micie i legendzie brną dziś po kolana w lepkim, ciężkim śniegu przeżywając co czas jakiś swoje własne zmartwychwstania, małe i duże, ważne i mniej, trudne i te łatwiejsze, bez względu na to, czy wiara jest dla nich spotkaniem, czy zabobonem. Dokładnie tak jak Ci, którzy przy białym winie wygrzewają się w jerozolimskim słońcu.

I wszyscy tu i tam marzą, żeby Bóg, czy też los dał im jak najmniej do tych zmartwychwstań powodów, choć z drugiej strony, kiedy już zmartwychwstają zdają sobie sprawę, że bez tego – nie żyliby naprawdę.
Spełnienia marzeń zatem – tych o życiu i o zmartwychwstaniu Państwu życzę w ten świąteczny czas. Takich jakich chcecie. I aby każdy za tymi swoimi marzeniami podążył, wygrzewając się w słońcu przy białym winie.”

I rok minął aniśmy się obejrzeli. Na Via Dolorosa ciepło jak zawsze. A i u nas też dzisiaj cieplej niż wtedy, boć to już połowa kwietnia. O śniegu żadnym mowy nie ma, a momentami się nawet udaje na słońcu wygrzać. Przy białym winie.
I może w tej ciszy kolejnej rezurekcji, spojrzycie na ten rok, robiąc przegląd swych własnych zmartwychwstań i spełnionych marzeń. Bo taki to czas, że warto na chwilę zatrzymać wzrok na wygrzanej słonecznymi promieniami lampce białego wina. I w ciszy odpocząć. Przed nami kolejny rok.
Czego Państwu i sobie z całego serca życzę.

krzyk 1

się kręci

Będzie wulgarnie i niemiło, gdyż dziś pod wpływem nagłej emocji wlanąłem wpis na fejsie, który wzbudził dość duże chyba zainteresowanie, którego nie ośmieliłbym się i Państwa pozbawić. Zatem, niech się dzieje wola nieba…

Ja nie wiem kogo teraz obrażę i mam to szczerze w dupie – Rinke Rooyensa, Agatę Młynarską, czy cały zespół produkujący coś, co się nazywa „Się kręci”, ale to jest kurwa skandal jakiś nieprwawdopodobny.

Kasia Markiewicz była chora na raka. Jej rak nie poddawał się żadnej terapii. Kasia wiedziała, że umiera. Kasia miała jedno marzenie – zaśpiewać w Voice of Poland i Kasia spełniła swoje marzenie. Kasia mówiła o sobie spokojnie, była na pierwszy rzut oka pięknym człowiekiem.

Kasia umarła wczoraj.

Tyle historii dla tych, którzy nie znali.

Dziś zajawiono dumnie opowieść o Kasi w czymś, co nazywa się „Się kręci”, a potem stało się.

Czarno białe zdjęcia, brzmiące w oddali skrzypeczki i pokrótce historia, którą opisałem powyżej.
Studio: Agata Młynarska mówi, że będzie rozmawiać o raku, o Kasi, z Jolantą Kwaśniewską i jakimś ministrem czy kimś tam oraz z Tomaszem Kammelem i przyjaciółką Kasi z „Voice of Poland”. W studiu cisza i smutek, a wtedy szanowna prowadząca radosnym głosem zapowiada, że nim pogadamy o śmierci na raka i spełnionych marzeniach, zobaczymy zabawny filmik z internetu jak miś się w lesie majta na jakiejś linie. Przecieram oczy – no kurwa nie wierzę – a miś się majta i potem wraca studio, a prowadząca rozbawiona poczynaniami misia zapowiada kolejny wesoły filmik, w którym roześmiana rodzinka jedzie samochodem i śpiewa wesołą piosenkę, a ich dziecko pije coś z bidonu na tylnym siedzeniu.
Wciska mnie kurwa w fotel.
Wraca studio i lecimy żartem rodem ze Strasburgera i podkładamy głos pod Monczkę, który jako Tulipan prowadzi jakąś laskę po plaży. Żart jest żałosny, ale to nieistotne, bo zaraz znowu wraca studio.
Prowadząca ścisza głos i mówi o raku. Widzimy jak Kasia śpiewa, a Justyna Steczkowska rzuca się jej na szyję. Justyna miała nosa zresztą i ustami prowadzącej przeprosiła, że nie pojawi się w studiu. Prowadząca zagaja: Jak wyglądała walka Kasi? – strzela (jakby pytała o piłkę nożną) do Kammela i widzę w jego oczach, że ma ochotę walnąć czymś w rodzaju – przestrzeliła karnego pod koniec meczu. Ale odpowiada, a oczy ma wielkie jak pięć złotych. Prowadząca jedzie dalej: Zagraliście ponoć koncert dla Kasi – pyta przyjaciólkę Kasi, a ta mówi, że nie znała Kasi, więc ja już nie wytrzymuję i wyłąćzam to coś.
I nie wierzę.
Bo kurwa jego mać, może ja się jakiejś innej telewizji uczyłem, albo jakoś inaczej mnie wychowano, ale to było coś nieprawdopodobnego i ja nie wierzę nadal, że to zobaczyłem.

I niech wam tumany, majtający na linie miś nasra na tulipana.

Ja się uniosłem, ja wiem i ja nic a nic nie przepraszam. I o każdym sraniu na każdego tulipana mogę powtórzyć i jeszcze gorzej, bo Ci co mnie znają, wiedzą, że „słów” używać potrafię, epitety niezgorsze mi wychodzą i korzystam z tej umięjętności ponad miarę czasem. I mimo że Kacper pewnie przeczyta (Synku-przy tatusiu nie przeklinasz-tylko tatuś może) mogę pojechać jeszcze bardziej.
Bo to jest szczyt wszystkiego.
I nie chodzi tu o rozrywkę, oglądalność, bo odgrzewane filmiki z jutjuba tej oglądalności przecież nie podniosą, nie chodzi o „chwytanie widza za pysk i trzymanie, aż zaśnie nie wyłączając telewizora”, bo to jest taka robota i takie zadanie produkującego program i za to mi przez lata płacili. Nie chodzi mi też o poziom, chociaż przy tym co zobaczyłem – „Ciao Darwin” to „Rozmowy na koniec wieku”. 
Chodzi mi o to, że brak wyczucia, taktu, elementarnej przyzwoitości, brak wszystkiego, brak braku – staje się powoli normą. I to nie jest tak, że takiego widza wychowaliśmy. To kretyn, który pisał szpigiel i inny kretyn, który go akceptował i kolejni kretyni, którzy go zrealizowali pokazują moim ulubionym: Miećce i Helce – nie ma zasad! A zrobili to tylko dlatego, że mieli pewnie dwuminutową dziurę w szpiglu i trza ją było czymś wypełnić. 
Kiedyś – dawno, dawno temu na próbę naszego uwaga: „zespołu rockowego”, który śpiewał, że życie jest straszne i żyły se podetnijcie jak tylko możecie, a w ogóle to jest czarno i okropnie, wszedł zawiany starzec (pewnie w moim teraz wieku) i wybełkotał na całą salę: zaaaagrrrrrajcie miiii chłoooopcy bia….łego misiaaaa!!! I my świadomi swego żył podcinania licealiści – wypieprzyliśmy go oburzeni z tej sali.
I teraz po latach jest tak, że ja go rozumiem. I mi nie przeszkadza, że ktoś gra białego misia.
Tylko kurwa niech go nie gra, kiedy nie wolno.
Pamiętam taką scenę z serialu „Dom”, jak tuż po wojnie jedna laska dostała w pysk za to, że zatańczyła do „Czerwonych maków pod Monte Cassino”, a ja dzieckiem byłem jak to oglądałem i do dzisiaj wiem, dlaczego po pysku dostała, bo mi rodzice i dziadek i babcia powiedzieli.
A czego nie powiedzieli – doczytałem. 
A teraz nikt nie daje po pysku. Teraz tańczymy białego misia na pogrzebie w rytm czerwonych maków i nikt nie zapyta dlaczego nie wolno, bo widocznie wolno. 
Widz nie jest głupi, ale gdy czerpie naukę od kretynów – kretynieje. Bo wszystko wolno. Bo tnie się śmierć – misiem i good looking parents, i tulipanem, i czym się tam tylko chce, bo arogancja wielkich jest wielka i przecież mogą – co chcą, a najfajniej jest, jak ktoś się wypierdoli i da mordą w chodnik – najlepiej po pijaku. Wtedy jest śmiesznie.
A obok ktoś umiera, ale robimy przerwę w umieraniu i pokazujemy kapucynkę tańczącą kazaczoka.
A potem jakaś laska z Sosnowca dusi swoje dziecko i idzie tańczyć na rurze.
Dobrze, że Kasia tego nie widzi.
I tyle.

franka małe

psie troski

A się nie odzywałem (choć bajka o szczurach na ukończeniu i już wkrótce), bo wojna grzmi na wschodzie niczym wiosenna burza – raz bliżej, raz dalej, więc czeka człowiek, kiedy ten piorun tuż obok niego dupnie i powietrze ozonową świeżością nasyci. Żyje się w tym oczekiwaniu trochę szybciej, jakby się tlen gryzło haustami w przekonaniu, że w nas nie trafi, ale tak podświadomie dzieci się częściej przytula i psa małego głaszcze, jakby miał odejść.
Takie to czasy, że kanclerz Niemiec z oburzeniem wypowiada słowo: Anschluss i karci agresora wskazującym palcem.
Poza tym, chyba się prawie nie zmieniło.
Anglicy są trochę zdziwieni, że tym razem Polacy byli na Wyspach jeszcze przed wytycznymi o niereagowaniu i zastanawiają się tylko, czy znajdą wśród nich wystarczającą ilość pilotów. Francuzi nadal biorą po sześć euro za zwiedzanie z przewodnikiem linii Maginota i pewnie mają już przygotowaną jakąś prowincję ze słabym winem dla potencjalnego marionetkowego rządu. Włosi i Hiszpanie w ogóle się nie odzywają, bo o czym tu mówić, skoro wojny im raczej nie wychodzą, Szwajcarzy zacierają ręce, bo franek skoczy, a Austriacy cieszą się po cichu, że tym razem Putin urodził się nie u nich, a poza tym od lat deklarują, że w żadnych rozbiorach teraz udziału nie wezmą.
My ostrożnie machamy szabelką, przyjmując amerykańskie F16, bo wreszcie ktoś się do nas pofatygował na wszelki wypadek. No i to się jednak zmieniło. Nie stoimy sami, jak Chrystus na Golgocie, tylko jak będą walić w tyłek, to kolektywnie – znaczy nas i 12 samolotów z trzystoma Amerykanami obsługi. Żarty żartami, ale poważnie się zrobiło w skali makro, bo Putińscy już w Mołdawii dostali nawet ostrą amunicję.
Gdzieś niedawno słyszałem jakiegoś profesora, który mówił, że my to w sumie na tej ziemi od momentu jej powstania jesteśmy jakieś dwadzieścia pięć minut, więc chuj jeden raczy wiedzieć łaskawy panie, co będzie za dwie godziny. Te ziemskie. I coś w tym jest, w skali makro oczywiście.

A w naszej małej skali? Dwudziestoczterogodzinnej? Tuż obok nas? Gdy lud się wzburzył? I zawył!

Patrząc na małą Frankę, mam takie psie konotacje ostatnio.

Arkan się zaciska, a skowyczący pies przybity do ziemi wije się dusząc i dławiąc. Broczy krwią z pyska. Białkami przewraca szukając wokół ratunku. Coraz wolniej. Charczy. Zdycha.

„A tam gdzieś – mój brat
Na harfie jak Chrystus rozpięty
Dobrze mu tak!
Niech wie, że niełatwo być świętym!” *

* Jacek Kaczmarski – Mistrz Hieronimus van Aeken z Hertogenbosch zwany Boschem

 

targ1

z rozmów na rzeszowskim targu…

Wszystkim Państwu dziękuję, za głosy w Konkursie Blog Roku 2013. Niestety się nie udało, ale za rok o tej samej porze miejcie nadzieję znów spotkać się z moimi prośbami o esemesy w tej sprawie. Tymczasem wracam do codzienności i cokolwiek ubarwionej relacji z mojej dzisiejszej wizyty na rzeszowskim targowisku….

- I wyjdzie! Dzisiaj mówili, psubrat wyjdzie!

- Eee tam wyjdzie, dziecko w więźniu zabił, to i nie wyjdzie. I miał tą, no…grafikę z dzieckami…porno znaczy!

- W jakiej tam celi? …. Pani…! Po wolności zabił…. Pani…., ta dwadzieścia trzy dziecka…, nożem, Pani wie…? Se Pani wyobraź!

- E tam…, chyba cztery tylko…, tak słyszała.

- Oj tam, jak dobrze policzyć, to inaczej wyjdzie. Na ile te jaja?

- Na złocisza Panie, dzisiaj niesione. A ponoć rzekomo że mu jaja utną właśnie.

- Eee tam utną, utną… w więźniu mu już ucięli. Pani wie… ? To bandyta psubrat, a z takimi to…, Pani wie…? Szwagier gadał, a on sąsiada ma, Pani wie…? W tych no… służbach…, tych no, Pani wie…? I oni tam wszystko mają, Pani wie…, w tych komputrach. I on gadał, że żywemu nie przepuszczą…. Pani wie…?

- A ponoć rzekomo że rząd mu nie dał uciąć….

- Pani tam…. nie dał. Ta rząd go wypuszcza przeca, co by się ludzie bali…. Czapę miał, to czemuj nie powiesili, tylko mu tera rząd po wolności chodzić daje? Bo się ludziska bojom i dziwujom. I gadajom. A syr świeży? Na ile?

- A jaki ma być, jak nie świeży? Mały osiem, a duży dwanaście. A syra to on by u mnie nie zakupił. Bękart. Bo to być musi bękart, skurwysyn…! Zięć, co do Ukraińców jeździ na handel, to pedział, że u nich by taki końca dnia nie dożył, tylko zrazu… Pan rozumi?

- Pani… taż to psubrat, dziecka ubił…! Psu brat! Pani da ten syr mniejszy i dziesięć jajków, za trzy piątki.

- Za trzy piątki, to se Pan idzie po sklepowe… Ponoć rzekomo że jak wyjdzie, to znowu ubije.

- Jego ubijom chyba. Za te dziecka… Pani wie? Sam bym ubił.

- U nas był też taki jeden… Pan rozumi?… też mądrala się do bitki rwał z każdym pod geesem…  i go chłopy… Pan rozumi…? Pan da szesnaście.

- Ubili?

- Oj tam od razu…. Po mordzie dali, giry połamali, to się zmiarkował. A ponoć rzekomo że tamten, to te dziecka, to do domu zwoził….

- Pani….szwagier to mówi, że za takim nie trafisz…. gdzie on zwoził, to tylko Bóg jeden wie… Dam szesnaście… Ludzie się porobili ciemne takie i we wszystko wierzom, co gadajom. Pani wie…? tumany takie.

- Cztery reszty. U nas też taki był, tuman jeden, to ponoć rzekomo że mu ksiądz proboszcz rozgrzeszenia nie dał… Pan rozumi…?

- A że babę miał na boku?

- Eeee tam babę…, z telewizora wszystko wiedział i gazetów, że taki mądrala niby czytany, a do kościoła nie chodził…, na tacę nie dawał…, tylko się mądrzył pod geesem, to i rzekomo ponoć że nie dostał. Tego rozgrzeszenia znaczy.

- No widzi Pani głupie są ludzie, a tamten jak wyjdzie, to też końca dnia nie dożyje. Pani wie…? A syr smaczny…

- A jaki by miał być? I jajka też pierwsza klasa. A że łachudra nie dożyje, to wiadomo. Za te dziecka. Ile to Pan gadał? Dwadzieścia…?

- Dwadzieścia trzy… Pani wie…? A ludzie, że głupoty gadajom, to nie wierzyć i Bóg zapłać.

- Bóg zapłać…..

- I patrz Pani, Pani Haneczko! Przyszedł taki mądrala niby, a gówno wie…. Tylko gada i gada, i judzi jak żydek jakiś… Za szesnaście syr i jaja dostał, to się miast cieszyć, ględzi jak nieboskie stworzenie. Że syr niby nieświeży, albo jaja niedzisiejsze. A jak majom być dzisiejsze, jak żem wczoraj nie sprzedała, a że syr wymieszany, to chyba każdy widzi. I mądrala mi się o tym popaprańcu co z więźnia wychodzi narozpowiada, że mu się gęba nie zamyka, bo myśli, że taniej kupi. Oj w dzisiejszych czasach Pani Haneczko kochana, to już uczciwego człowieka, ze świecą nie trafisz.
A tak swoją drogom Pani Haneczko, jak tego łachudrę naprawdę wypuszczom, to co będzie…?

BlogRoku2013-Ten_blog_bierze_udział (2)

konkurs blog roku 2013

To już dwadzieścia miesięcy. Właśnie przeglądnąłem prawie wszystko, co tu napisałem. Od czasów polskiego Euro, poprzez greckie przygody, po wspominki z dzieciństwa, zahaczając o mniej lub bardziej pociągające obserwacje codzienności. Trochę jest tak, że klucza szukałem, bo jak się pisze w nieregularnych odstępach, w nastrojach najprzeróżniejszych, stanach najprzedziwniejszych i emocjach nieprzewidywalnych, to się wspólny mianownik gdzieś gubi. A może go zresztą nie ma i nigdy nie było.

„Kiedyś się przy wódce rozmawiało, mówiło o rzeczach ważnych i ważniejszych, a i przyzwoitość też była w cenie. Kiedyś honor, szacunek, odwaga miały jakieś znaczenie. Kiedyś jedni faceci poświęcali życie dla innego faceta tylko dlatego, że był ich przyjacielem, bo coś to wtedy znaczyło, a dziewczyny nie były łatwe. Kiedyś wódka była pretekstem, dziś jest celem. Dziś się nie poświęca, dziś się nie szanuje, dziś kłamstwo przychodzi z taką dystyngowaną łatwością. Dziś jest po prostu inaczej.”

Znalazłem taki tekst, gdzieś z początków tego tutaj pisania i pomyślałem, że to jakoś tak być może, że to tęsknota za prawym światem jakoś dziwnie drogą się stała.
I ja nie wiem, czy to dobrze, czy źle. Nie wiem i nie znam odpowiedzi, choć fakt, sentymentalnym, jak jasna cholera.

Dwadzieścia miesięcy, prawie dwanaście tysięcy wejść – to daje sześćset wejść miesięcznie, dwadzieścia wejść dziennie. To pewnie mało w skali możnych blogowego świata, ale przecież tak bardzo dumny jestem z tego. Bo dla mnie to cholernie dużo znaczy, że tyle ludzi zatrzymało się w pędzie codziennym i pochyliło na chwilę, nad tym co się tu pojawia.
I bardzo Wam wszystkim za to dziękuję. Tym bardziej, że ja przecież nawet nie umiem za bardzo tego bloga skonfigurować tak, żeby wyglądał jakbym chciał.

Tymczasem jednak zgłosiłem OBOK do konkursu na Blog Roku 2013. To też taka dziwna historia, bo redakcja konkursu z automatu przekwalifikowała mnie do innej kategorii, do której wcale nie pretenduję i tak, bez mego udziału, stałem się „twórczością artystyczną”.
Dziwnymi ścieżkami toczy się życie. Nieprawdaż? A te dziwne ścieżki, wszystkim nam, przychodzi deptać codziennie. I choć wiem, żem nieregularny, żem patetyczny niekiedy nad miarę, że drażnię czasami sam siebie nawet, to jednak proszę nieśmiało o głosowanie, czyli o wysłanie SMS o treści A01111 na numer 7122 za jedyne 1,23 zł.
Jeśli możecie, udopstępnijcie też na facebooku OBOK:
http://kubakarys.blog.pl/
oraz fejsbookową stronę OBOK:
https://www.facebook.com/Obok.blog
 , bo im większy zasięg, tym większe szanse.

Bardzo wszystkim dziękuję za wsparcie. Będę się przypominał i oczywiście dam znać co dalej. Trzymajcie Państwo kciuki.


http://www.blogroku.pl/2013/kategorie/obok,8nu,blog.html

IMG_2525

bajki część czwarta

Są chwile w życiu każdego stworzenia, które trwają wieczność. Czas zatrzymuje się w miejscu i przestaje się poruszać, jakby ktoś niewidzialnym palcem zamroził wszystko wokół. A to co wokół, biegnie przecież bez opamiętania. Prawie jednocześnie.

Leon padł u szczurzych stóp i kiedy odwrócili wzrok, z hukiem wskoczył przez piwniczne okno nieduży człowiek, a tuż za nim wielki rudy pies. Ustawili się w szyku, tworząc szczurzą zaporę wokół nieprzytomnego Leona. Rudy pies zbliżył swe kły do szczurzych pyszczków. Nieduży człowiek rzucił się do ataku. Chwycił Leona i miętosząc go w dłoniach pobiegł w najdalszy kąt piwnicy. Do starego zardzewiałego kranu. Rudy pies czuwał warkliwie.

Leon ujrzał dawne czasy. Płynął przez dziwną zamgloną przestrzeń, a z mroku wyłaniał się powoli, kłujący pamięć obrazek szczęśliwego życia w mieście. Kiedy wszyscy byli jeszcze razem. Jego rodzice krzątający się właśnie przy pysznościach znalezionych na tyłach ekskluzywnej restauracji nawet go nie zauważyli – choć starał się krzyczeć – Mamo! Ale już ojciec Krzysia, uśmiechnął się do niego ciepło znad wielkiej błyszczącej kałuży, rodzice Baltazarów machnęli łapkami nie przerywając kłótni tak głośnej, że panie: Joachimowa i Teodorowa prychnęły tylko, wymieniając znaczące spojrzenia. Leon wołał do nich wszystkich bezgłośnie, aż unosząc się w mglistej poświacie uronił pierwszą łzę, bo zdał sobie sprawę, ze nie może tego co widzi, w żaden sposób dotknąć.
A przecież byli tam wszyscy.
Tak jak przed katastrofą.
I tak nurkował we mgle i nawoływał tych, których spotkał, próbując przekrzyczeć łzy, aż stało się to, co już się raz zdarzyło.
Tak jak wtedy – zupełnie niespodziewanie.
Najpierw poczuł lodowaty podmuch, a po nim przyszła wielka fala, która zgarnęła wszystko. I wszystkich. Leon widział nieme postaci znikające w kipieli i choć krzyczał – nikt go nie słyszał. Nikt go również nie widział. Aż w końcu woda dosięgła także i jego. Uderzyła z całym impetem w pyszczek. Zakrztusił się. Zimna woda nie przestawała chłostać go po oczach, póki ich nie otworzył.

Wypłukiwanie trucizny z żołądka małego stworzenia nie należy do najłatwiejszych zajęć dla małego chłopca. Na szczęście dokładne instrukcje dziadka dotyczące skuteczności preparatu oraz zapobiegania nieszczęściom związanym z jego spożyciem przydały się jak znalazł. Mikołaj ostrożnie ułożył przywróconego życiu Leona na posadzce tuż obok pieca i oniemiałej szczurzej gromady.
- Później przyniosę ci mleko – mruknął pod nosem.
Krzyś drgnął po raz pierwszy od długiej chwili, a oszołomiony Leon przewrócił oczami i niezdarnie pokręcił główką. Pierwsze co ujrzał to uśmiechnięty pysk rudego psa.
- Znowu? – jęknął cichutko.
Pies merdając ogonem polizał wielkim jęzorem szare futerko małego szczura. Teodor i Joachim zrobili krok do przodu podkreślając każdym drgnieniem mięśni gotowość do obrony młodego przyjaciela.
- On jest w porządku – wyszeptał Leon.
„Ten większy chyba też” pomyślał nieśmiało Krzyś i zaczął się zastanawiać, czy wszyscy inni pomyśleli tak samo.
- Bernard, chodź – Mikołaj, wskazując psu drogę, uchylił okienko do ogrodu. A potem obaj zniknęli tak błyskawicznie, jak się pojawili.

W tym zamieszaniu nikt nie usłyszał cichego skrzypnięcia drzwi. Mateusz delikatnie je domknął i wolno człapiąc wrócił do kuchni, a wspomnienie tego, czego był przed chwilą świadkiem, wywołało kolejny uśmiech na jego twarzy. Kolejna łza zatańczyła na jego policzku. (cdn.)

muminki

na święta

Żeby były spotkaniem,
a nigdy pożegnaniem,
żeby się pięknie śniły,
i żeby Świat był miły,

by się snuły leniwie
jak mróz na kuchennej szybie,
by chwytały za ręce,
żeby nie chciały więcej,

tylko troszkę ciepłego,
lekkiego i spokojnego,
wiatru co włosy rozwiewa
gdy się tulimy do Nieba,

co go być może nie ma,
a się kołysze na drzewach,
i na babcinym barszczu,
na uszkach z grzybnym farszem,

na żółtociepłym kominku,
na paczkach pod choinką,
przy stołu pustym miejscu,
i na opłatka szczęściu.

I nie wiem, czy nasze Niebo
jest tam gdzie go potrzeba,
a spadające gwiazdy,
powiedzą całą prawdę.

Wiem tylko, że znad drzewa
maleńki Bóg zaśpiewa,
że choć go nie ma przecież,
są Święta, gdzieś na świecie.

PS. Ja wiem, że jeszcze nie uratowałem Leona i w Święta to uczynię. Szczury też muszą mieć Święta. Dlatego wszystkim Wam wrzucam świąteczne bajanie sprzed roku. Ja lubię.
Dobrych Świąt!


http://kubakarys.blog.pl/2012/12/24/w-dolinie-muminkow/

jaruzelski

grudnia trzynasty

Nim powrócę do przygód Mikołaja, Krzysia i całej gromady szczurów, nim potoczą się ich losy w starym drewnianym domu, nim wreszcie dzieci wszystkie dowiedzą się: „co z Leonem” i przestaną się na mnie obrażać, że nie mówię, zmienię na chwilę temat.
O grudniu 1981 roku już tu pisałem na rocznicę i jak kto dociekliwy to znajdzie. To dziecka wspomnienia, bardziej zabawne, niż straszne. Składałem, też tutaj, półtora roku temu życzenia urodzinowe generałowi, i te właśnie dzisiaj chciałbym przypomnieć. Ja się nie za bardzo zgadzam z takim prostym utożsamianiem 13 grudnia, ale jednak okazja jakaś jest dla tego właśnie przypomnienia.

„Mignęły bez słowa urodziny generała. I tak przy ich okazji zacząłem się zastanawiać, kiedy to się stało Panie generale. Kiedy to się stało po raz pierwszy. Przyczyn to i się może jakoś tam domyślam, ale tego momentu jednego jedynego jakoś nie dostrzegam. Choć może wiem zbyt mało. Rozmawialiśmy tylko raz i na pewno Pan tego nie pamięta. Rozmawialiśmy zresztą o czymś zupełnie innym. Ale wie Pan, z tonu takiej półprywatnej rozmowy, z głosu rozmówcy, ze sposobu konstruowania zdań można parę rzeczy wyczytać. Ja wyczytałem, być może mylnie, taką stanowczość nabytą – latami dowodzenia, zarządzania, latami pływania w cieczy bezdyskusyjnego posłuchu, latami posiadania władzy prawie bezgranicznej i korzystania z niej, aby w sobie tę swoją stanowczość utwierdzić. A jednak była taka chwila, kiedy dość mnie Pan rozczulił. Rozmowa zeszła, przypadkowo zupełnie, na Zbyszka Cybulskiego i Pan stwierdził, że nie byliście blisko żyjąc w światach zupełnie innych zainteresowań, bo Pan przecież stroni od alkoholu. Z pamięci zawodnej cytuję, ale jakoś tak to brzmiało z nutką, pierwszy raz objawioną, takiej bezbronnej zazdrości lekkiej. Stąd sądzę, że stanowczość nabyta, a ten Pana wstyd przed matką, żeby jak najdłużej w tajemnicy tę Pana woltę szaloną utrzymać, dodatkowo mnie w tym moim przekonaniu utwierdza. Więc pewnie tej stanowczości wrodzonej, wiedząc z kim ma Pan do czynienia, zbrakło na opór. Ale że za mało jej też było, żeby się potem przed matką nie wstydzić?
Ile w Panu musiało być przecież dla nich pogardy, kiedy jechał Pan bydlęcym wagonem, kiedy odmrażał Pan dłonie w tajdze, kiedy ciągnął Pan wózek ze zmarłym ojcem, płacząc pewnie, że w całym Bijsku nie udało się zdobyć dla niego odrobiny ryżu. Pan musiał nienawidzić. Więc jaki to był wielki proces przechodzenia do tego piekła, a potem nabycia wiary, że piekło – piekłem nie jest i stania się jego częścią. Jaka to musiała być monstrualna struktura, którą dusił Pan w sobie i może nigdy w samotności nad nią nie zapłakał. Nawet Pan tego smutku nie zapił, tak zwyczajnie, czystą wódką. A może Pan zapłakał, a może Pan zapił. Stanowczości nabytej wystarcza pewnie, żeby to ukryć. A ja się tu zastanawiam naiwnie, kiedy…? Wystarczy pewnie przecież chyba raz poczuć tę moc – najpierw maleńkiej, a potem coraz większej władzy, żeby istota piekła, w którym ta władza jest nam dana, gdzieś umknęła wraz z dziecinnymi legendami o Bogu.
A potem jest już tylko coraz gorzej.
Zatem dzisiaj, tuż po Pana smutnych – jak czytam tu i ówdzie – urodzinach, kieruję spóźnione i pewnie nigdy przez Pana nieprzeczytane życzenia, aby dane Panu było usiąść na fotelu wśród dojrzewających pomidorów i spojrzeć stamtąd na szare morze. A potem tak po prostu się wreszcie uśmiechnąć.”

Tak to było i nie za wiele się stało nowego. I pewnie się nie stanie.

szczur - Janek

bajka – część III

Mateusz z Mikołajem weszli do domu otrzepując buty ze śniegu. Prawie całą powrotną drogę milczeli. Dziadek próbował wprawdzie opowiadać Mikołajowi o gryzoniach i niebezpieczeństwach z nimi związanych, ten jednak milczał wpatrzony w migające za oknem zaśnieżone pola i Mateusz zrozumiał, że chłopiec go nie słucha.
- Jesteś głodny?
- Tylko troszkę.
Dziadek uchylił drzwiczki kredensu i wtedy wysypały się z niego nadgryzione torebki z kaszą, okruchy chleba, kawałki poszarpanej czekolady i wszystkiego, co mogłoby się nadawać do jedzenia, a zostało wymieszane w wielką bezładną breję.
- Tego już za wiele! – dziadek trzasnął drzwiczkami i zaczął grzebać w pudle, które przywieźli ze sklepu. Mikołaj usiadł przy stole i zdjął czapkę.
- Nie jestem głodny dziadku – powiedział cicho i stanowczo.
Błyszczące oczka Filipa przyglądały się całej scenie spod kredensu. Mała mysz wiedziała, że cisza która zapadła, nie wróży niczego dobrego.

- Przyniosłem jedzenie.
Z początku nikt nie zwrócił uwagi na dziecięcy głos, gdzieś za ich plecami. Wszyscy siedzieli wpatrzeni w okno, w którym zniknął Leon.
- Mamo! Przyniosłem jedzenie…
Nim skończył mówić, Matylda tuliła go do siebie, dotykając bez przerwy jego pyszczka, tak jakby sprawdzała, czy na pewno Krzyś istnieje. I kiedy strach wreszcie ją opuścił, kiedy czułość ustępować zaczęła rozsądkowi, zakręciła się w kółko, podniosła na tylnych łapkach i wykrzyczała tak głośno, jak tylko potrafiła:
- Gdzie byłeś nieusłuchany ancymonie! Gdzieś był, kiedy tu oczy wypłakiwałam do sucha, ty moje utrapienie! Gdzie cię poniosło dziecinko moja… !
I w zawstydzeniu tym wybuchem, objęła Krzysia tak mocno, jak tylko potrafiła, a ten – nim łzy zakołysały mu się w oczach -  wydusił z siebie tylko krótkie:
- Przepraszam mamo, przyniosłem jedzenie.
A potem usiedli wszyscy wokół, dzieląc na maleńkie kęsy, wszystko to, co Krzysiowi udało się udźwignąć. I zaspokoili pierwszy głód, słuchając opowieści o tym, co na górze się zdarzyło. Teodor z Joachimem słuchali w skupieniu, Baltazarzy sprzeczali się o każdy drobiazg, a Matylda ze łzami w oczach wpatrywała się w swego małego bohatera, który perorował o wielkim domu i jego mieszkańcach. I wtedy, nagle otworzyły się drzwi i ostre, żółte światło rozbiło piwniczny półmrok.

Leon czekał skamieniały na szarpnięcie kłów rudego potwora. I nagle poczuł wilgotne ciepło ogarniające go powoli, od czubka nosa po koniec ogona. Połyka mnie – pomyślał przerażony. Chciał poruszać łapkami ale odmówiły posłuszeństwa. Otworzył ostrożnie oczy i ujrzał uśmiechniętą paszczę rudego Bernarda, z wywalonym na wierzch językiem.
- A fuj – krzyknął, kiedy zrozumiał co się stało – polizałeś mnie swoim obleśnym, zaślinionym ozorem!
Bernard zamerdał ogonem i zaczął turlać się w śnieżnym puchu.
- I na dodatek nie mówisz w żadnym cywilizowanym języku.
Pies podskakiwał rytmicznie, zachęcając Leona do zabawy. Szczur, nie namyślając się wiele, rzucił śnieżką prosto w nos Bernarda, który otrzepał się tylko radośnie i zakręcił wokół, wzniecając tumany białego kurzu. Leon uśmiechnął się pod nosem. Zabawnie wyglądał ten wielki pies tarzający się w śniegu z rozdziawioną gębą, tak jakby nigdy przedtem się nie śmiał.
- Muszę już iść, ale wpadnę tu jeszcze kiedyś. A wtedy zobaczysz….
Szczur pogroził mu żartobliwie palcem, a Bernard zamerdał wesoło ogonem. Wtedy Leon ruszył dostojnie wprost w kierunku okienka do piwnicy, z którego nie tak dawno wyjrzał, na nieznany mu dotąd świat. Był potwornie zmęczony.

Szczury w skupieniu, z ukrycia obserwowały Mateusza, który pozbierał skrupulatnie resztki porzuconego przez nich jedzenia, a potem rozsypał im nowe, pachnące nieznanymi smakami. Wprost ze świeżo otwartej torebki sypał na podłogę całą tęczę zapachów, które roznosiły się po piwnicy, powalając swą niezwykłością. Potem mruknął coś, co mogło brzmieć jak „smacznego” i wdrapał się po schodach na górę.
- Mówiłem, mówiłem, mówiłem – krzyczał Krzyś i wybiegł ze swej kryjówki kręcąc radosne piruety – Mówiłem, że nie są źli. Wiedziałem. Przyniósł nam jedzenie – wszyscy zmierzali powoli w kierunku rozrzuconego po podłodze pokarmu.
- Oni…nie są… źli! - Skandował tańcząc wokół różowych pachnących płatków.
W końcu chwycił jeden z nich, i podrzucił do góry, i otworzył usta, i czekał aż okruch spadnie mu na język….
- Nieeeee!
Piskliwy okrzyk sprawił, że Krzyś zamknął pyszczek i płatek rozbił mu się na czole. Filip stał tuż przy ciepłej rurze i wyciągnął dłonie rozczapierzając palce tak, jakby zaklęcie jakieś wypowiadał. Wszyscy odwrócili się w jego kierunku i zapomnieli na chwilę o pachnących płatkach.
- To mysz – Teodor tylko skinął rozkazująco głową.
Baltazarzy podbiegli, tym razem zgodnie, i zaczaili się za jego plecami, odcinając Filipowi drogę odwrotu. Joachim z Teodorem zbliżali się od frontu, błyskając obnażonymi kłami. Matylda jak zwykle osłaniała Krzysia.
- To nasze jedzenie – wysyczał Teodor wijąc się po zakurzonej podłodze.
Był najlepszym wojownikiem, jakiego kiedykolwiek znał szczurzy świat.
- Nie chcę tego przecież… – odparła mysz.
- Kłamiesz!
- Nie chcę. Przyszedłem tu, jak głupi przyszedłem, bo….
- Bo co?
Krzyś wpadł w środek zamieszania tak szybko, jak tylko pozwoliły mu jego małe nóżki. Ledwo dał radę zatrzymać się sunąc po zakurzonej podłodze.
- Bo to jest mój przyjaciel – wykrzyczał – i pomógł mi, i dał jedzenie, i dla was i … i zdaje się, że chce nam coś powiedzieć…
- Mówiłem ci, że duże, głodne szczury bywają niemiłe – Filip był dziwnie spokojny, przykucnął tylko i rozglądał się wokół, żeby ustalić z której strony może nastąpić atak.
Krzyś stanął twarzą do przyjaciół i zaczął krążyć wokół Filipa, jakby chciał, w wydeptywanym właśnie kręgu, zapewnić mu niewidzialną osłonę.
- Filip mów – Krzyś wiedział, że mysiej gadaniny nikt nie przerwie.
- No więc, jestem Filip i jestem myszą – skurczony, zaczął wystrzeliwać z siebie kolejne słowa, o domu, o tym, że jest w nim jedyną myszą, i że w sumie mu to nie przeszkadza, chociaż czasem chciałby z kimś pogadać, i dlatego przyszedł tutaj, ale nie do końca, bo wiedział, że to niebezpieczne i kiedy wszyscy zaczęli się już niecierpliwić, wypalił:
- To jest trucizna. To bardzo ładnie pachnie, i nawet jest miłe w dotyku, ale to jest trucizna!
Wszyscy spojrzeli najpierw na różowe płatki rozsypane po podłodze, potem na Filipa, potem znowu na płatki…
- Nieprawda – krzyknął Krzyś, a kiedy Joachim obwąchał dokładnie jeden z płatków i twierdząco skinął głową – Krzyś się rozpłakał.

Mikołaj obserwował dziadka bardzo uważnie, gdy ten mył dokładnie ręce przy kuchennym zlewie.
- Załatwione – mruknął Mateusz – teraz będzie spokój.
- Spokój? – sarkazm w głosie Mikołaja był odrobinę zbyt przejrzysty – przecież jest spokojnie.
Dziadek ze złością cisnął mydłem.
- To są szczury. Będzie spokój ze szczurami. Raz na zawsze.
- A ta trutka jest pewna? – Mikołaj, po raz pierwszy od bardzo, bardzo dawna, był wyraźnie zaciekawiony.
- Najlepsza – ożywił się dziadek i począł opowiadać wnukowi o jej zaletach, i o tym, że trzeba bardzo uważać, kiedy się jej używa, bo jest groźna również dla ludzi. Wywód był długi, precyzyjny i bardzo szczegółowy – od działania, po zapobieganie. Chłopiec słuchał, jak się Mateuszowi wydawało, uważnie, choć nieustannie spoglądał w okno i zapadający za nim zmrok. Zaczął padać śnieg.
- Mogę? Pobawię się z Bernardem – po raz kolejny skierował wzrok w kierunku okna. Dziadek skinął głową, więc Mikołaj chwycił czapkę i szybko wybiegł do ogrodu. Pomyślał, że po raz pierwszy cieplej jest w zaśnieżonym ogrodzie, niż w domowej kuchni.
Mateusz spoglądał przez okno na biegnącego wśród tańczących płatków śniegu chłopca. I wtedy, kolejna rzecz zdarzyła się po raz pierwszy od bardzo, bardzo dawna. Mała, gorąca łza wyschła, na pomarszczonym starością i szczerym uśmiechem, policzku mężczyzny.

Leon widział dokładnie wszystkich zebranych. Był piekielnie zmęczony. Ledwo zsunął się po rurach i węsząc wokół, zbliżał powoli do całego tego zgromadzenia. Joachim i Teodor rozmawiali z jakimś szarym stworzeniem, Baltazarzy kręcili się wokół – raz po raz następując sobie złośliwie na łapki, a Matylda tuliła płaczącego Krzysia. Więc wszystko chyba jest w porządku. Wszyscy są razem. Tylko ten snujący się wszędzie zapach, który przywodził mu na myśl uczty, jakie urządzali sobie w dawnych dobrych czasach. Różowy płatek zawirował u jego stóp. Pachniał wspomnieniami. Leon łapczywie zaspokoił głód i ruszył w kierunku przyjaciół. Już chciał zakrzyknąć, że oto zjawił się zwycięsko, gdy  nagle, obraz zaczął mu się rozmywać przed oczami. Poczuł ogarniającą go słabość. Wyrzucił z siebie tylko chrypiące – jestem! I zapadła ciemność.

cdn.

rys. Janek Karyś