9/11

Nowy Jork. Manhattan. Jules Naudet, francuski Amerykanin kręci film dokumentalny o pracy nowojorskich strażaków. Trzyma w ręku małą cyfrową kamerę. W kadrze pochylający się nad studzienką strażak bada, czy nie ulatnia się gaz. Nagle gdzieś w tle słychać dziwny narastający dźwięk. Potężne silniki samolotu. Dźwięk będzie w tej historii najważniejszy, bo całą resztę świat widział już tysiące razy. Strażak błądzi wzrokiem po słonecznym niebie, nie znajduje jednak w wąskim korytarzu wysokościowców niczego nadzwyczajnego. Kamera zdaje się zastanawiać nad swoim kolejnym ruchem. Strażak opuszcza głowę. I wtedy słyszymy ryk silników tuż nad głową Julesa. Błyskawicznie kieruje kamerę w górę. I nagłe olśnienie. Opóźnienie docierającego do naszych uszu warkotu. Szybki ruch kamery w lewo i jest. Wielki pasażerski odrzutowiec jakieś pięćset metrów od młodego filmowca. Zaledwie kilkadziesiąt metrów od wieży jednego z bliźniaków WTC.  Mgnienie oka. Jest 8:46.
Wybuch. Rozpryskująca się w chmurze ognia stal, szkło, zapewne resztki ludzkich ciał. Dźwięk? Cisza. Ułamek sekundy ciszy i reakcje. Po kolei. Z oddali. Coraz bliżej kamery. Holy shit – całkiem daleko, oh my God – troszkę bliżej i wreszcie ta najbliższa – operatora Julesa Naudet. Ciche triumfujące – yes. Takie przedłużone w środku Yeees. Yes – mam to, yes – udało się, yeees…. z sykiem „es” na koncu, bo się nagrało. I wtedy wreszcie słyszymy, docierający z takiej odległości dopiero po chwili, dźwięk wybuchu. Porażający odgłos śmierci.
Julesowi nie drży ręka, pewnie trzyma najważniejsze w swoim życiu ujęcie.

Rena

Nie ma o czym gadać.
Widziałem wczoraj materiał CNN o postrzelonej przez snajpera syryjskiej dziewczynce. Skurwiel strzelał na oślep w kierunku budynków mieszkalnych. Mała siedziała u mamy na kolanach. Kula trafiła ją w policzek i utkwiła w gardle. Samochód CNN zawiózł ją do prowizorycznego szpitala. Widziałem, jak opatulona zakrwawionym bandażem, wyciąga rączki próbując łapczywie uchwycić niewidzialne strzępy powietrza. Bezgłośnie błaga o pomoc. Pewnie krzyczy: mamo. A potem podkurcza nogi kuląc się w przerażeniu. I drapie powietrze starając się za wszelką cenę odepchnąć śmierć. Zostać.
Miała cztery lata.
Miała na imię Rena.
Umarła nad ranem.
Nie ma o czym gadać.
O sfrustrowanym debilu, który – dla przypomnienia zapomnianego nazwiska – szydzi z ułomności, niczym jakieś bezmózgie ścierwo. O ekonomicznych fantasmagoriach Kaczyńskiego, o braku transmisji meczu piłkarskiego, o złocie Amber Gold. O naszych zasranych problemach codzienno – telewizyjnych, które tak naprawdę przecież gówno warte.

Nie ma o czym gadać.
Miała na imię Rena.
Miała cztery lata.

ndw

Dziś, dzięki „telewizoru”, wróciły mi w głowie najpiękniejsze czasy, o jakich każdy człowiek może tylko pomarzyć. Wyobraź sobie Drogi Czytelniku, że przez lata robisz to, co najbardziej lubisz, z ludźmi, których najbardziej lubisz i dodatkowo płacą Ci za to bardzo dobrze, a jednocześnie uczysz się w zasadzie większości rzeczy, które na przyszłe zawodowe życie, będą Ci niezbędne. I nie jest to absolutnie bycie białym przyciągaczem w knajpie na tajskiej plaży. Zero drinków z parasolką, a za to nieprzespane noce, zimne i ciepłe wyjazdy po Polsce i świecie, poranki po nocnej robocie, oczekujący Cię zawsze w redakcji śpiwór i wielka, wielka satysfakcja. Takie życie w „transie” bez przerwy, gdzie czas był i na partyjkę quake’a, i na wódki wypicie, i na zapierdalanie, o jakim się pewnie młodym nigdy nie śniło. Taki się ten blog robi wspominkowy i nostalgiczny jakiś, ale i wiek nostalgiczny.
A zatem: Grześku, Maćku, Arturze, Jarku, Darku, Janie Macieju, Robercie, Jarku, Marcinie, Mario, Marku, Kasiu, Jurku, Elu, Maćku, Andrzeju, Krzysiu, Tomku, Marcinie, Elu, Asiu, Michale, Tomku, Kingo – wszystkim Wam polecam piękne wspomnienia i bardzo dziękuję. I mam nadzieję, że o nikim nie zapomniałem. A jeśli tak, to wybaczcie, bo lata minęły i teraz to wszystko wraca, jak niezapowiedziane szaleństwo.
Wraca i dlatego wam Maćki życzę, żeby to nowe szaleństwo było kolejnym najpiękniejszym kawałkiem Waszego nowego życia.
Tak jak kiedyś.
I żeby tak już zostało. Albo jeszcze lepiej.        

w imię zasad (Beacie i Ewie)

Ojej to już prawie dwa tygodnie dochodzenia do siebie. Ciepłe kraje mają tę dziwną właściwość, że rozleniwiają na czas dłuższy, niż w nich pobyt. Tęsknota wielka za ciepłem i uśmiechem, skłania do myśli o rzuceniu wszystkiego i powrocie na południe, na długą emeryturę, jakże odległą od pośpiesznego życia tutaj. Poszukiwanie domów nad ciepłym morzem, które można by kupić i zniknąć, to zajęcie po wielokroć ciekawsze, niż słuchanie, że „pani ministra spotkała się z psycholożką”, tym bardziej, że ja starej daty jestem i pamiętam jak moja ciotka po „podróży koleją”, do domu z „przystanku”, zjeżdżała nie taksówką, a „dorożką”. Nierealne jednak zarówno marzenie o południowym słońcu, jak i tęsknota za starym światem pięknego języka i pięknych zasad.
Zasady jednak i dzisiaj w cenie. Pojawiła się ponoć nawet ich lista i straszne oburzenie wywołała. Okazało się bowiem, że dziennikarze powinni kierować się dziennikarskimi zasadami nie tylko od ósmej do szesnastej, ale i po godzinach, a nawet na urlopach. Krzyk zwiastujący nadejście cenzury pojawił się przeogromny, bo przecież wiadomo powszechnie, że dziennikarską wiarygodność nabywa się tylko i wyłącznie w godzinach pracy. A potem Kuba K. w każdej dowolnej relacji może zacząć żyć własnym życiem Kuby Karysia. I nie żebym tego Kubę bronił, ale mówi się coś tam, bo wie się przecież znacznie więcej niż Wy – maluczcy. I puszcza się oczko. I teraz, a rebours, (Ewo przepraszam, że Ciebie przytoczę, ale jakiś mi to najbliższy przykład), Ewa Sz. – moja Przyjaciółka, znana ze swoich poglądów, cokolwiek dalekich od obecnie opozycyjnych, z braku kasy, z olania zasad, z „mania” wszystkiego w dupie (Ewa, ja wiem, że to niemożliwe, ale przykład taki dla potomności i przejaskrawiony najfajniej), zostaje „dziennikarką” takiej jednej telewizji z Torunia, ale jak już wraca do domu, siada do fejsa i jedzie po dyrektorze tej stacji tak jak dotąd, albo o jego ulubionych poglądach, też tak jak dotąd - to piękny przykład – prawda? Zakładam, że wiarygodność tej stacji i Ewy jako jej dziennikarki rośnie z każdym napisanym słowem. Prawda?
Przejaskrawione to jak już napisałem i nierealne. I nie o tę największą jaskrawość tu, tak naprawdę, chodzi, ale coś w tym jest, żeby się mieścić w ramach zgodności z własnymi poglądami.
Bo dziennikarzem się jest, a nie: „się bywa”. Nie byłem chyba nigdy dziennikarzem, zawsze tylko jakieś głupoty opowiadam, a nie jakieś poważne rzeczy, i szczęśliwym z tego powodu, bo mówić mogę, co mi ślina na język przyniesie i sam za własne słowa odpowiadam. A tam, w prawdziwym dziennikarstwie, zasad się trza trzymać, nie tylko od ósmej do szesnastej, bo wiarygodność wypracowuje się latami o każdej porze. I o żadnej cenzurze, czy ograniczeniach mowy być nie może, bo chodzi tu tylko o zwyczajną, roboczą, rzemieślniczą solidność, której trzymać się trzeba.
Taka robota. 
Bo bywa to się poetą, a tylko poecie wybaczyć wszystko można.

mała olimpiada

A gdyby zrobić tak. Wszystkim dzieciakom w Polsce zafundować prawdziwe stroje – takie jak Bolt, Kurek albo Lewandowski. Organizować w każdej klasie, w każdej grupie wiekowej raz na miesiąc obowiązkowe zawody dla wszystkich dzieci – żeby to był warunek ukończenia klasy na przykład. Ale takie żeby z pompą było, i zegar elektroniczny, i medale, i prawdziwi sędziowie, i rodziców gnuśnych na trybuny ściągnąć. Wybrać do tego kilkanaście dyscyplin: lekka, pływanie, piła, kosz, siatka, kolarstwo, hokej, szachy itd. i podzielić dzieciaki na grupy różnie uzdolnione, żeby każdy miał jakąś radość, żeby Jasiu był w pierwszej reprezentacji w piłkę na przykład, ale w trzeciej w skoku w dal albo odwrotnie, bo pewnie też coś wygra. (Sam pamiętam jak na jednych zawodach koszykówki w podstawówce przesunęli mnie – kurdupla – z ławki pierwszej drużyny, na której nudziłem się jak mops, do podstawowego składu trzeciej drużyny i rzuciłem pierdyliard koszy, choć nic nie umiałem i się cieszyłem jak wariat.) I tak zrobić lekką we wrześniu, nogę w październiku itd. i potem może jakieś finały na wiosnę, a powiedzmy od dziesiątego – dwunastego roku życia specjalizować te dzieciaki i dalej te zawody obowiązkowymi czynić, aż do osiemnastki, choć pewnie wcześniej się pojawią chętni, żeby kasę na rozwój łożyć takiego małego Bolta czy Jędrzejczak. I robić szkolne, międzyszkolne, gminne, powiatowe, wojewódzkie i przymusić te setki speców od łatwej kasy w sporcie, żeby selekcję tam właśnie robili i wyciągali Kurków, Lewandowskich, Majewskich do tych specjalizacji. I może nie tylko z tych pierwszych drużyn, bo może się jakiś talent objawić w trzecich, a jestem przekonany, że Pan od Wuefu i Pan spec od sportu wybiją rodzicom z głowy, żeby Majewskiego na tenis zapisać, a Radwańską na siatkówkę – „bo przecież to takie popularne”. A jak Jasiu ogrywa wszystkich w piłę na podwórku, to gdy będzie miał buty jak Messi i koszulkę jak Lewy, to pod budkę z piwem wolniej będzie podążał, bo mu się uświadomi, że warto czekać i wierzyć, bo taki Błaszczykowski do dwudziestego roku życia kopał w czwartej lidze i nikt o nim nie słyszał, a rok później był najlepszym pomocnikiem ekstraklasy i wyemigrował do Dortmundu i już w Euro zarabiał. I wydać na to wszystko te pierdyliardy złotówek, co idą w piździec na jakichś wycieczkowiczów olimpijskich, z całym dla nich szacunkiem, bo się starają jak mogą, ale mogą mało i pewnie sami przyznają, że w podstawówce byli jacyś lepsi, tylko gdzieś zniknęli. Heniek Mamczura, co palantówką boisko przerzucił, Mariusz Kroczek, co metr trzydzieści skakał nożycami, ale w kucki, bo nikt go nie nauczył nóg prostować, Piotrek (zdaje się) Wolak, co prawą nogą mógł krawaty wiązać i piłę miał do niej przyklejoną jak Romario – każdy z nas miał gdzieś obok siebie takich podwórkowych, szkolnych asów. I oni nadal są, tylko buty trza im dać i koszulkę, i nadzieję, że nie zginą. A do tego dorzucić stypendia i powiązać to mocno z nauką, żeby ten sport zaszczytem stał się jakimś. Żeby dobre oceny pozwalały grać, bo granie to nobilitacja, taka mała olimpiada. Żeby to w końcu było kurwa ważne! I tak z egalitaryzmu, przejdziemy w elitarną grupę – nie pięciu – tylko dwudziestu pięciu kraulistów, którym warto będzie postawić zgrupowanie w Miami. I tak może będziemy mieć ze czterech Majewskich, pięć Radwańskich i ze trzech Lewandowskich. Teraz podejrzewam, że mamy pewnie pięciu, ale tylko jeden gra w Dortmundzie. Ten drugi pije pod budką, trzeci sprzedaje frytki na dworcu, a dwaj pozostali ważą po sto dwadzieścia kilo i pracują dla koncernów farmaceutycznych albo spożywczych. Bo gdzieś się zgubili po drodze. Bez butów Messiego, koszulki Bolta i nadziei, że im się uda.
I olać, że dzięki temu w Rio będziemy mieli pięćdziesięciu olimpijczyków, ale może także dzięki temu za lat parę, będziemy mieli pięciuset. A dla tych pięćdziesięciu stworzyć trzeba taki system menedżerski, który spowoduje, że sztab bystrych kolesi załatwi im sponsoring jakiegoś Orlenu, czy innego Srorlenu, bo pewnie warto mignąć logiem na mistrzostwach świata czy tam innej olimpiadzie, a przy okazji podsunie im Jasia z czwartej B, bo orzeł to jest w sprincie, albo w siatce, albo w hokeju. I jakoś to za dziesięć piętnaście lat powinno Kowalskiemu przynieść więcej łez radości przed telewizorem niż złoty Majewski, czy srebrna Włodarczyk.
A Jasiu prawnik i Krzysio sklepikarz niczym najcenniejszy skarb trzymać będą na półkach srebrny medal z czwartej klasy, bo wtedy przegrali tylko z przyszłym mistrzem olimpijskim.

powrót

No i zostało słoneczne Morze Egejskie za plecami. No i został majestatyczny Olimp. Zostali greccy przyjaciele. Polska zaoferowała 10 stopni, deszcz, chmury i powrót do jatki, która omijała mnie przez ostatnie dwa tygodnie. To zresztą chyba największy sukces małych greckich wakacji – zamienić ponurą, targaną ciągłymi drgawkami Polskę, na zanurzoną w kryzysie ale uśmiechniętą Grecję. Oderwać się i zapomnieć o Kaczyńskich i Macierewiczach, premierach i prezydentach, zamachach i matce Madzi, o olimpijskich klęskach i fatalnych drogach, o nieustającym płaczu i skargach wszędzie, o wszystko i na wszystko – to udało się nadzwyczajnie.
Grecy całymi dniami piją kawę i chwalą swój styl życia. Grecy śmieją się i bawią, a w kontekście żartów o zagranicznym sponsoringu – zgryźliwie wypominają Niemcom brak odszkodowań po wojnie. Grecy czasem pytają z niepokojem – jak tam w Polsce, bo szukają pociechy widząc, że u nich nienajlepiej, ale nadal się uśmiechają, bo wiedzą przecież, że to może być taka piękna katastrofa. A że strachu wszyscy wszystkim napędzili i teraz do tego uśmiechniętego kraju tylko połowa ludzi z zeszłego roku przyjechała – to trudno. I wracają spokojnie do swojej kawy pod czujnym okiem Zeusa, bo co ma się stać i tak będzie.
A tutaj wrócić trzeba do ponuraków pochmurnych narzekających w zimnym deszczu, do ciągłych problemów, i sztucznych, i tych prawdziwych, do smutnych piosenek, długich nocnych rozmów i wódki czystej, co łzy obmywa.
Choć może przesadzam, bo się odzwyczaiłem. Może na słońce trzeba poczekać, oczy zmrużyć i patrzeć jak ciepło się wokół rozlewa.
A potem się po prostu uśmiechnąć.

dwadzieścia siedem lat temu

Ależ lenistwo jest piękne. Dwa dni wody i słońca, połkniętego w kilkanaście godzin „Milenium” i pustki w głowie jakiej wszystkim życzę raz na czas jakiś. A potem poniedziałek i praprzyczyna greckiej historii.
Z Anką widziałem się ostatni raz dwadzieścia siedem lat temu właśnie tutaj – kilkanaście kilometrów stąd – na pewnych wariackich greckich wakacjach. I choć od lat mieszkamy coś około kilometra od siebie jakoś się nigdy nie zdarzało, bez żadnej złej woli, przyczyny, czy też niechęci. Po prostu nastolatkowie, których rodzice się przyjaźnili poszli do innych szkół, przestali jeździć na wakacje z rodzicami, poznali nowych kumpli i jakoś tak się nawet w knajpie przy piwie nie zderzyli. I teraz po latach Anka to miejsce wskazała gdzieś tam pół roku temu „fejsbukowo”, a że piękne, to przy – jak zwykle na szybko decyzji podejmowanej na tydzień przed urlopem – wygrało konkurs. I tak dzięki Ance znów po latach stanąłem pod Olimpem, i tak przez przypadek urlopy się na parę dni nałożyły i Anka wylądowała wczoraj pod Olimpem z rodzicami, tak jak dwadzieścia siedem lat temu. I ja właśnie o tym. Bo to było szaleństwo jakieś, które wczoraj do późnej nocy wspominaliśmy zasypując się nawzajem anegdotami z dawnych greckich wakacji.
1985 rok. Mój ojciec zarabia jakieś dziesięć – dwadzieścia dolarów miesięcznie, a ja siedzę na greckiej plaży i palę pierwszego w życiu papierosa, kupionego za jedną trzecią jego pensji. Czerwone „Marlboro” – moje do dziś przekleństwo ciągłych porażek w nierównej walce z nałogiem. Tylko dzięki ojcu Anki się to stało, to znaczy nie moje palenie, tylko siedzenie na tej pięknej plaży i pierwszy kontakt z rzeczywistością wolnego świata, cieknącymi sokiem brzoskwiniami i biuściastą greczynką o ustach jak ciepła coca – cola. Tylko dzięki Niemu, bo On to wszystko jakoś w tych niemożliwych do realizacji takich rzeczy czasach – spiął i zorganizował. Ale od początku – na ile pamięć i wczorajszy wieczór anegdot pozwoli.
1500 kilometrów białą Skodą zdaje się 105S, z bagażnikiem otwieranym jak fortepian i doczepioną przyczepą, która przez czas jakiś miała być naszym domem. Przez Węgry, Rumunię, Bułgarię. Jakiś upalny koszmar w rozgrzanym jak piekło samochodzie. Najpierw Węgry, gdzie ktoś miał dowieźć, ale nie dowiózł forintów na benzynę, więc unieruchomieni staliśmy w jakiejś wsi przy drodze do Nyireghazy.  I wtedy objawiła się idea wyjazdu i sposobu przeżycia tych paru tygodni za piękną polską granicą, a także zaświtała odpowiedź na pytanie, po jaką cholerę upakowaliśmy tyle tego badziewia w przyczepie. Od dziwnych, dawno nie noszonych ciuchów, po nawet jakieś wędki, które nigdy nie użyte, leżały przez lata na strychu i teraz wlokły się z nami do dalekiej Grecji, tak jakby miały się przydać w jakichś szaleńczych połowach sardynek, czy innego morskiego dobra – tylko po to, żeby pod Olimpem z głodu nie umrzeć. Zatem dwie piłki – biedronki sprzedane przeze mnie na węgierskim zadupiu pozwoliły na transfer do Rumunii. Tam uratowały nas papierosy Gent, brane powszechnie za amerykańskie Kenty i sprzedane na ulicy za jakieś gigantyczne pieniądze. Bułgaria była zdaje się cywilizowanie okupiona podróżnymi voucherami na benzynę i wreszcie Grecja – Camping Stani, słodka Greczynka wagi półciężkiej, wspomniane tu Marlboro, bo Greczynka pracowała w rodzinnym greckim biznesie w skład którego wchodził camping, mały market i tawerna, oraz widok, którego nigdy nie zapomnę, kiedy mój ojciec – nie grzeszący nadto znajomością języków obcych – zachwalał – w jakimś sobie tylko znanym metajęzyku – rozłożone na polowym łóżku dobra z polski przywiezione i w końcu je wszystkie, łącznie z łóżkiem sprzedał – oblegającym ten quasi stragan starym greczynkom. Bo właściciel campingu zdając sobie sprawę, że Polacy biedni – zorganizował nam, tam na campingu, regularny bazar. Wykupiwszy uprzednio wszystko, co mu się podobało – sprosił na miejsce wszystkie gospodynie z okolicznych wsi – ratując nam tym samym życie. Poszło wszystko oprócz wędek, które dokonały swego żywota w drodze powrotnej, na targu zdaje się w Debreczynie, bo forinty do samego końca do nas nie dotarły. I dalej ten powrót był przecudny z sześciogodzinnym oczekiwaniem na paszporty, bom na sowieckiej granicy wspomniał zgryźliwie z dziecięcą głupotą i butą, że wieziemy granaty w bagażniku, co skrupulatnie mikrofony wyłapały i za karę czekaliśmy, z Polakiem krzyczącym we Lwowie na cały głos Lech Wałęsa, bo chyba się niczego nie bał i z wrogimi oczami polskich – lwowskich katoliczek, kiedy ze łzami w oczach po pięciu tysiącach kilometrów weszliśmy do kościoła Najświętszej Marii Panny, do naszego polskiego, lwowskiego kościoła – a te wysyczały, żeby wyjść, bo nie wchodzi się do kościoła w krótkich spodenkach. I może miały rację, ale my jej wtedy nie rozumieliśmy, bo ten Lwów, to dla nas jakaś świętość była. Ale ludzie tam już pewnie mniej. A może właśnie wtedy przestali nią być.
I potem już tylko długie oczekiwanie na Polskę już bez głupich tekstów. I pamiętam jak kilkanaście kilometrów przed domem – ojciec Anki zatrzymał samochód na poboczu i powiedział, że musi się chwilę przespać, bo nie daje rady. I mimo kawy, czekolady został tam na poboczu i wtedy zdaje się Ankę ostatni raz widziałem. Aż do teraz.
To były piękne dziecięce, no, prawie młodzieżowe wakacje. Beztroskie, upalne, pełne zdawkowo tu potraktowanych przygód, międzypaństwowych meczów piłkarskich, w których przegraliśmy z Grekami jedną bramą, ale za to dokopaliśmy Jugosłowianom – a raczej, dziś to wiem – Macedończykom, bo Skopje w drodze powrotnej, z pierwszą w życiu wizytą w meczecie też pamiętam. Pamiętam bardzo dużo, bo to ostatnie wakacje podstawówkowe i pierwsze licealne jednocześnie, pierwsze zagraniczne. Pierwsze tak pełną dziecięco – młodzieńczą piersią wdychane w szalonym pędzie robienia wszystkiego co można w każdej chwili, żeby ją tak w nieskończoność rozciągnąć. Pierwszy raz.
Tyle rzeczy było wtedy pierwszy raz w życiu i nigdy już nie będzie. A szkoda. I kiedy tak dziś u stóp Olimpu znowu siedzę, to trochę żałuję, że wtedy tego nie wiedziałem, ale z drugiej strony, pewnie dlatego było wtedy tak szczęśliwie i pięknie.

grecka rodzina

Grecka rodzina jest jak polska rodzina. Grecka rodzina musi wiedzieć, dlatego biega do pobliskiego sklepu, na targ, do sąsiada, przesiaduje godzinami w jednej z setek kafejek, albo wyciera siedzeniem taras swego domostwa, a jak nie ma tarasu to próg, a jak nie ma progu, to próg sąsiada. Zawsze się ktoś zatrzyma, zawsze ktoś zamieni trzy słowa, powtórzy co zasłyszane o Kowalskim albo Papadopoulosie. I grecka rodzina słucha. I grecka rodzina patrzy. I grecka rodzina nic nie mówi. Nic nie mówi o sobie, bo u greckiej rodziny wszystko jest wspaniałe. Dzieci są wspaniałe, wnuki, siostry, bracia, kuzyni, kuzynki – wszyscy – całe siedemset osób. Bo grecka rodzina jest duża, bo grecka rodzina jest potężna. Bo grecka rodzina wie, a przecież nie mówi. Grecka rodzina jest jak polska rodzina.
Ania jest częścią greckiej rodziny i biega między stolikami tawerny dla tej rodziny honoru i szacunku powszechnie – społecznego z szybkością strusia pędziwiatra, a kiedy zwolni, utykać zacznie, głowa ją boli, to rodzina niby żartem rzuca, że Ania chora – jest Anią mniej przydatną i może dzień wolnego potrzebuje. Bo Ania nie ma wolnego. Nigdy. Bo na co komu niby doktorat o jakimś florenckim nieudaczniku, co w życie tego co pisał nigdy nie wprowadził, a teraz niby się to wprowadziło do naszego korporacyjnego świata. Więc Ania tak orze dzień w dzień, wieczór w wieczór, a nocami ten doktorat jej sen z oczu spędza i zaczyna nienawidzić i szukać ucieczki z fajnym greckim mężem, co na rodzinę się złości i też ucieka, a Anię wspiera jak może, ale pewnie za mało może. Bo grecka rodzina jest potężna. A Ania zamieniłaby te krewetki pyszne i małże i widok na morze Egejskie u stóp Zeusa na tego swojego Machiavellego bez mrugnięcia powieką. A tymczasem ma tę swoją przyszywaną grecką rodzinę, co nie rozumie, że Ania stała się dla niej bezcennym skarbem i kopie, zamiast pielęgnować. Bo Ania w końcu znajdzie swoje szczęście i swoją drogę i to nie będzie tutaj, na tym właśnie skrzyżowaniu, tych właśnie dróg donikąd, tylko na zupełnie innym. Być może podobnym, ale własnym.
A grecka rodzina pozostanie szczęśliwą i najlepszą grecką rodziną. Tak samo jak polska.      

na skrzyżowaniu dróg donikąd

Ależ się Zeus wkurwił. Armagedon wisiał nad Korinos całe wczorajsze popołudnie. W kleszczach między Chalkidiki, a masywem Olimpu wszyscy czekali na wybuch, który w końcu pod wieczór poderwał tony piachu z okolicznych plaż i zakręcił nimi jak jakąś dziecięcą zabawką. Wiało, grzmiało, lało przez pół nocy, aż w końcu rześki poranek przywitał wszystkich słonecznie zamglonym niebem. Czas było uciec na chwilę gromowładnemu.
W zachodniej Tesalii, wspinając się z przepięknego przyklejonego do podnóża skał miasteczka Kalampaka, przez jeszcze piękniejsze kamienne Kastraki dociera się do miejsca, gdzie czas miał zatrzymać się jakieś sześćset lat temu. Kilkusetmetrowe skały rosnące wokół, jak wielkie bąble, kryją na szczytach, święte dla Greków monastyry, do których dostęp mieli przez wieki nieliczni mnisi wciągani na górę w przytroczonych do lin koszach. Meteory noszą na swych barkach kilkadziesiąt, zdaje się, takich kamiennych budowli i Bóg jeden raczy wiedzieć, jak człowiek – w mrocznym średniowieczu – przykleił te klocki do sterczącej skały, tak że do teraz nie odpadły. Dziś kapłani kluczą między japońskimi i polskimi wycieczkami wysypującymi się wprost z błyszczących autokarów, garstką wariatów we własnych samochodach i strudzonymi piechurami, którzy te kilkanaście kilometrów wspinaczki nad wrogimi przepaściami przebywają w tym piekielnym upale zlani litrami potu. Kluczą bez błogosławieństw, a potem wsiadają, jak niegdyś, do kosza, tyle że dziś liny napędza elektryczny silnik. A potem zakładają – żeby było koszernie – kobietom długie spódnice, mężczyznom jakieś szarawary – i kasując po parę Euro wprowadzają wszystkich w świat, który ma być taki jak kiedyś, choć pewnie nigdy już nie będzie.
A potem już tylko karkołomny zjazd remontowanymi serpentynami i powrót w cień Olimpu, do Ani, która na skrzyżowaniu dróg donikąd pracuje w rodzinnej tawernie z najpyszniejszymi rybami i owocami morza, jakie tylko wymarzyć można.
Ania jest sławna tutaj i wszyscy wokół mówią, że Ania jest wspaniała, a na dodatek ma męża Greka. Bo Ania jest wspaniała, a ciepło czyniące z przydrożnej tawerny dom prawie, jest Ani zasługą. Z Anią jesteś kumplem od dzień dobry i tak pozostaje gdy Ania donosi kolejne małże, krewetki, fetę, arbuzy i czego tylko dusza zażyczy, a ciało wchłonąć może. A w przerwach, Ania własnoręcznie magluje obrusy, obsługuje spływających zewsząd wielojęzycznych klientów, którzy mogliby wybrać setki innych miejsc dużo bliżej kurortu takiego jak Paralia, dużego miasta takiego jak Katerini, czy nawet najbliższego Korinos, ale trafiają właśnie tutaj – na skrzyżowaniu dróg donikąd – do Ani. A Ania, około drugiej w nocy, na ostatnich nogach wychodzi z pracy w tym „rodzinnym” – jak prawie każdy w Grecji – interesie – i goni do domu kończyć doktorat z filozofii, który ostatnimi egzaminami czeka w dalekiej Polsce, bo Machiavelii w kontekście współczesnego biznesu jej bliższy, niż nawet najlepsze krewetki z pomidorami. Nawet te z widokiem na morze.
O Ani tu jeszcze pewnie dużo będzie, bo przecież we wszystkim zawsze jest jakaś tajemnica, której tak od razu zdradzać nie wypada. Tymczasem pora spać w oczekiwaniu, na kolejny bezlitosny żart gromowładnego. Jutro też jest przecież dzień, bo jakże inaczej mogłoby przyjść pojutrze.

talizmany i bogowie

Zeus zagrzmiał i zesłał burzę, a noc przerwała rwąca rzeka płynąca po schodach. Nic groźnego, żaden tam kryzysowo dziurawy dach tylko ptasie gniazdo, które zatkało odpływ, czyniąc z balkonu basen, który przelał się przez jakiś pokój na górze, a potem wodospadem spłynął do hallu. Grecy uśmiali się, posprzątali, a rano znowu wyszło słońce i wrócił upał.
Po plaży wędrują sprzedawcy pamiątek, drożdżowych bułek a nawet podstarzała masażystka, która prostuje okoliczne kręgosłupy. Znikąd pojawił się nagle z garniturem okularów i świecidełek mój pierwszy guru z Bombaju. Pobłogosławił całą moją rodzinę, przodków i przyszłych potomków przeklinając jednocześnie kryzys i zarabiając przy okazji piątaka. Drugi – podobnie zaopatrzony – guru z Bangladeszu, nikogo nie błogosławił, sprzedając mi bransoletkę z drewnianych koralików. Teraz nosząc ją na ręce obudowuję to wszystko legendą o magicznym talizmanie z Dhaki, przekazanym mi przez czcigodnego bengalskiego przewodnika, który chronić będzie po wsze czasy mnie i całe moje drzewo genealogiczne. No to Janek dostał wysypki na tyłku i nie wiem czy wina to talizmanu, czy wiecznie mokrych kąpielówek. W każdym razie dalekowschodni mędrcy w rozczłapanych adidasach tęsknią za swymi i źle im kiedy dźwigają ten swój towar w czterdziestostopniowym upale, choć pewnie lepiej niż w biednych ojczyznach.
A życie leniwie toczy się dalej. Roula biega jak zawsze uśmiechnięta i z każdą przebieżką klepie kogoś po plecach z okrzykiem „How are You my friend”. Biega  – jak się dowiedziałem – z mocnym postanowieniem, że zostanie kiedyś policjantką i pewnie dlatego przytroczyła do paska wielkie czarne kabury na drobne i rachunki. Czas powoli się zatrzymuje w oczekiwaniu na kolejne decyzje Zeusa. A Olimp dziś spowity gęstymi sinymi chmurami, niczym opaską na niewidome oczy – milczy jak zaklęty.
Być może zaklęty moim magicznym talizmanem. Bo tu na dole przecież słońce.