Renata_Przemyk_Filharmonia_07_03_10_05Rzadko mi się zdarza trafić na dwa koncerty jednego dnia. I to jeszcze takie, o których chciałoby się napisać. Albo powinno. Ale po kolei, czyli od końca.
Skończyłem na koncercie zespołu, którego nazwy nie wymienię, a byłem na nim tylko dlatego, że gościnnie dołączyła do ich projektu Martyna Jakubowicz, którą bezkrytycznie uwielbiam od czasu fantastycznego koncertu „Kołysz mnie”. I Pani Martyna, gdy tylko pozwolono jej zbliżyć się do mikrofonu, magnetyzuje jak dawniej nieprawdopodobnie. I to taka różnica klas jest, jak między bolidem Kubicy, a moim rowerem. Więc nie powinna Martyna Jakubowicz śpiewać Grechuty z jakimś tam zespolikiem zgrabnym, tylko raczej „Wschodnią wioskę”, „Baby w Meksyku” i „Kołysankę dla Misiaków” z Andrzejem Nowakiem i Wojtkiem Waglewskim, bo to jest kompletnie inny teatr. I to tak pokrótce, bo wracam, do tego, co było wcześniej.
A wcześniej było objawienie.
To było w 1990 roku. Koncert galowy Studenckiego Festiwalu Piosenki w Krakowie. Na scenę wkracza zwyciężczyni poprzedniego festiwalu. Skromna, introwertyczna dziewczyna w czarnej kiecce z bandem ubranym w akordeon. Tuż po pierwszych taktach psuje się dymiarka i wszyscy znikają w białych kłębach. Przerywają granie. Na szczęście tylko na chwilę. Bo kiedy dym opada zaczynają grać i dzieją się rzeczy magiczne. Dokładnie tak jak dwadzieścia cztery lata później.
Wczoraj zobaczyłem troszkę inną Renatę Przemyk. Na czerwoną sukienkę narzuciła ramoneskę, szpilki zmieniła w trakcie śpiewania jednej z piosenek na glany, dojrzewała w trakcie całego spektaklu, tak jak przez ostatnie dwadzieścia pięć lat. Napisałem spektakl, bo to był spektakl. Teatr przepyszny i wspaniały tej samej skromnej dziewczyny sprzed lat. Ale jakże innej, jakże dojrzałej, jakże pięknie i delikatnie czerpiącej z nut, które przez świat się przetoczyły, Słychać jeszcze, bo jakże by inaczej, jej dawne fascynacje: Toma Waitsa, Talking Heads, ale przelatuje też przez głowę Sting, Zappa, choć przecież wszystkie nuty ubrane są w czerwoną sukienkę i ten niepowtarzalny dziwny, niepokojący, nostalgiczny, „yahoznowy” drive. Nie mogę się od tego oderwać, próbując zrozumieć, w czym rzecz. Zamykam oczy i już wiem, że hula nade mną niezapomniany pejzaż zupełnie innego spektaklu. Wydawałoby się odległego, ale zdaję sobie sprawę, że wcale nie. Wiem to, dzięki tej fantastycznej kobiecie w czerwonej sukience i glanach, która zmienia się z sekundy na sekundę, przepoczwarza i przeistacza. Kiedyś taką kobietę oglądałem wiele razy. Kiedyś myślałem, że już jej nigdy w nikim nie zobaczę. A tu staję przed sceną i kręci się przecież Rebeka na Karuzeli z madonnami. Grande Valse Brilliant chowa się w Takim pejzażu. Przez moment czuję nawet, jakbym Ewę Demarczyk dostrzegł w tej czerwonej sukience, wgryzającą się w mikrofon z taką – wydawałoby się, że jej tylko właściwą – niewiarygodną siłą, z taką mocą i swobodą operowania głosem i emocjami. A to Renata Przemyk wynurza się z dymu sprzed dwudziestu pięciu lat i proponuje wszystkim ten spektakl nie do zapomnienia. To było fantastyczne. Mądre i piękne. Dwadzieścia pięć lat temu powiedziałbym: zapamiętajcie to nazwisko. Dziś mogę powiedzieć tylko: powtarzajcie je z uporem. I żałujcie, żeście nie widzieli, a jak będziecie mieli okazję – zobaczcie.
Aha, i jeszcze jedno. W 1990 roku na koncercie galowym Studenckiego Festiwalu Piosenki, tuż po Renacie Przemyk i tej nieszcżęsnej dymiarce wystąpił zespół, który wtedy wygrał festiwal.
Też mieli akordeon.
Nazywali się Raz Dwa Trzy, ale to już zupełnie inna historia…