Są chwile w życiu każdego stworzenia, które trwają wieczność. Czas zatrzymuje się w miejscu i przestaje się poruszać, jakby ktoś niewidzialnym palcem zamroził wszystko wokół. A to co wokół, biegnie przecież bez opamiętania. Prawie jednocześnie.

Leon padł u szczurzych stóp i kiedy odwrócili wzrok, z hukiem wskoczył przez piwniczne okno nieduży człowiek, a tuż za nim wielki rudy pies. Ustawili się w szyku, tworząc szczurzą zaporę wokół nieprzytomnego Leona. Rudy pies zbliżył swe kły do szczurzych pyszczków. Nieduży człowiek rzucił się do ataku. Chwycił Leona i miętosząc go w dłoniach pobiegł w najdalszy kąt piwnicy. Do starego zardzewiałego kranu. Rudy pies czuwał warkliwie.

Leon ujrzał dawne czasy. Płynął przez dziwną zamgloną przestrzeń, a z mroku wyłaniał się powoli, kłujący pamięć obrazek szczęśliwego życia w mieście. Kiedy wszyscy byli jeszcze razem. Jego rodzice krzątający się właśnie przy pysznościach znalezionych na tyłach ekskluzywnej restauracji nawet go nie zauważyli – choć starał się krzyczeć – Mamo! Ale już ojciec Krzysia, uśmiechnął się do niego ciepło znad wielkiej błyszczącej kałuży, rodzice Baltazarów machnęli łapkami nie przerywając kłótni tak głośnej, że panie: Joachimowa i Teodorowa prychnęły tylko, wymieniając znaczące spojrzenia. Leon wołał do nich wszystkich bezgłośnie, aż unosząc się w mglistej poświacie uronił pierwszą łzę, bo zdał sobie sprawę, ze nie może tego co widzi, w żaden sposób dotknąć.
A przecież byli tam wszyscy.
Tak jak przed katastrofą.
I tak nurkował we mgle i nawoływał tych, których spotkał, próbując przekrzyczeć łzy, aż stało się to, co już się raz zdarzyło.
Tak jak wtedy – zupełnie niespodziewanie.
Najpierw poczuł lodowaty podmuch, a po nim przyszła wielka fala, która zgarnęła wszystko. I wszystkich. Leon widział nieme postaci znikające w kipieli i choć krzyczał – nikt go nie słyszał. Nikt go również nie widział. Aż w końcu woda dosięgła także i jego. Uderzyła z całym impetem w pyszczek. Zakrztusił się. Zimna woda nie przestawała chłostać go po oczach, póki ich nie otworzył.

Wypłukiwanie trucizny z żołądka małego stworzenia nie należy do najłatwiejszych zajęć dla małego chłopca. Na szczęście dokładne instrukcje dziadka dotyczące skuteczności preparatu oraz zapobiegania nieszczęściom związanym z jego spożyciem przydały się jak znalazł. Mikołaj ostrożnie ułożył przywróconego życiu Leona na posadzce tuż obok pieca i oniemiałej szczurzej gromady.
- Później przyniosę ci mleko – mruknął pod nosem.
Krzyś drgnął po raz pierwszy od długiej chwili, a oszołomiony Leon przewrócił oczami i niezdarnie pokręcił główką. Pierwsze co ujrzał to uśmiechnięty pysk rudego psa.
- Znowu? – jęknął cichutko.
Pies merdając ogonem polizał wielkim jęzorem szare futerko małego szczura. Teodor i Joachim zrobili krok do przodu podkreślając każdym drgnieniem mięśni gotowość do obrony młodego przyjaciela.
- On jest w porządku – wyszeptał Leon.
„Ten większy chyba też” pomyślał nieśmiało Krzyś i zaczął się zastanawiać, czy wszyscy inni pomyśleli tak samo.
- Bernard, chodź – Mikołaj, wskazując psu drogę, uchylił okienko do ogrodu. A potem obaj zniknęli tak błyskawicznie, jak się pojawili.

W tym zamieszaniu nikt nie usłyszał cichego skrzypnięcia drzwi. Mateusz delikatnie je domknął i wolno człapiąc wrócił do kuchni, a wspomnienie tego, czego był przed chwilą świadkiem, wywołało kolejny uśmiech na jego twarzy. Kolejna łza zatańczyła na jego policzku. (cdn.)